KSIĄŻKA MIESIĄCA W JAMIE Sierpień 2026

dodano: 20 sierpnia 2026

KSIĄŻKA MIESIĄCA W JAMIE Sierpień 2026

Anna Koziba-Świstak „Pani od heartcora” (Zima 2026)

 

Cieszę się, że powstaje coraz więcej wspomnień i opowieści o początkach hardcorowej sceny w Polsce. Zwłaszcza, że są one teraz pisane przez ludzi dojrzałych, którzy dziś coś w niej znaczą, a nawet wyznaczają w niej kierunki. Wszystkie te pozycje wprowadzają odpowiedni grunt do tego, żeby dokładniej zrozumieć zachodzące w naszym kraju zmiany, które w jakiejś części powiązane są z niezależną muzyką, subkulturami i generalnie z artystyczno-społeczną wrażliwością młodych ludzi. Poza tym może kiedyś na bazie tych książek powstanie szerokie historyczno-socjologiczne spojrzenie na historię Polski właśnie przez pryzmat ruchów kontrkulturowych? Tym bardziej warto im pisać, a nam czytać.

 

Nowa książka w tym temacie to „Pani od heartcora” wokalistki bielskiego Eye For An Eye, osoby zaangażowanej w budowanie lokalnej sceny, ale też przyległych do niej alternatywnych ruchów i całego naręcza przypisanych im ideologii.

 

Ania Koziba-Świstak, bo o Niej mowa, wypracowała swoją pozycję niezłomnością, samozaparciem, pracą i konsekwencją, ale też tym, że miała wokół siebie dobrych ludzi. Wpływ na Jej drogę, a co za tym idzie na pisanie tekstów, ogląd świata czy wybory życiowe miało także dzieciństwo i rodzinne perypetie. Zresztą tak samo jak u każdego z nas, bo chcąc nie chcąc, to przecież to skąd wyrastamy wpływa potem na całe nasze życie. U młodej Ani życie nie było usłane różami, ale nie było też jakoś przesadnie diaboliczne. Nie chcę wcale deprecjonować trudnych wspomnień autorki, ale bardziej chcę przez to powiedzieć, że nie było przesadnie ciężkie w tamtych czasach. Było wtedy, niestety, prawie zupełnie normalne na tle innych młodych ludzi i myślę, że bycie w takiej nieformalnej wspólnocie osób dotkniętych szarą rzeczywistością bardziej pomagało Jej znieść trudy z tym związane. A te trudy nie wynikały tu tylko z ojcowskiego pijaństwa czy niemożności tak zwanego powiązania końca z końcem. Warto dodać, że Ania dorastała na początku lat dziewięćdziesiątych, które były trudnym czasem nie tylko dla młodzieży, ale także dla bardziej lub mniej próbującego się dostosować do nowego kursu całego społeczeństwa. Zatem do palety barw kłopotów domowych dochodziły codzienne sprawy rodzącej się w bólach nowej Polski i spowodowane tym faktem frustracje niezadowolonych z życia ludzi. Warto dodać, że ten nowy, wspaniały świat zupełnie inaczej wyglądał z perspektywy dużego miasta, a zupełnie inaczej z perspektywy miasta średniej wielkości jakim była i jest Bielsko-Biała zamieszkiwana w owym czasie przez około 180 tysięcy ludzi. Fakt jest też taki, że transformacja po 1989 roku sprawiła, że w B.B. w zasadzie przestał istnieć przemysł włókienniczy, a słynna fabryka „maluchów” przestawiła się z produkcji na montaż. Te i inne elementy były rzecz jasna nie bez znaczenia dla wszystkiego co działo się w mieście. Dla zwiększania beznadziei, depresji, utraty bezpieczeństwa i bezrobocia oraz co za tym szło rodzącej się agresji.

 

Mówię o tym wszystkim dlatego, że cała ta sytuacja sprawiła, że lokalna młodzież MUSIAŁA być na kursie kolizyjnym z nowym światem, bo z natury musi się przecież przeciw niemu buntować. Opisywane przez Anię lokalne układziki, problemy szkolno-towarzyskie, pojawiająca się w mieście gangsterka i jako taka próba urządzania się w tym wszystkim przez co bardziej przedsiębiorczych, nie były tym czego oczekiwali od życia wrażliwcy z kolorowymi włosami. W tym całym bałaganie nastoletnia Ania próbuje się jakoś zakotwiczyć i o tym nam opowiada prowadząc nas przez swoje życie w tej książce.

 

Książka jest zbudowana jak dobra hardcorowa płyta. Krótkie rozdziały, szybkie ciosy, muzyka widziana w winylowych rowkach i ogrom treści na małej połaci papieru. W tej treści autorka rozdaje lepy wszystkim złym, bo ma do tego pełne prawo. Wygląda na to, że to jest Jej sposób na to by przepracować stare sprawy i może w przyszłości nawet wybaczyć tym, którzy po drodze napaskudzili w Jej życiu. Czyta się to dobrze i sprawnie. Rozdziały pędzą przeplatane wierszami i fragmentami ważnych dla Ani tekstów piosenek (w tym „Matko!” mojego autorstwa). Ta konwencja podoba mi się i w pełni rozumiem intencje przyświecające pisarce. Bardzo miłe jest wspomnienie o Cymeon X i straight edge. Ciekawe są też wątki społeczne związane z samym miastem, dorastaniem w nim młodych undergroundowców i rolą mądrych dorosłych, którzy potrafili być drogowskazem. Dla mnie za dużo tu przekleństw, zwłaszcza jak na osobę po polonistyce można było się bardziej wysilić, a usprawiedliwiające to teksty pod tytułem punk to nie rurki z kremem ani ruchy oazowe nie przekonują mnie. Pominę też bezzasadne i rzucane w przestrzeń kosmosu pretensje do kapitalizmu w sytuacji, gdy ktoś nie prowadzi swojego sklepu z płytami jak firmy i bankrutuje, bo bez względu na to czy prowadzimy zespół punkowy, zakład fryzjerski czy kiosk z gazetami musi się wszystko finansowo spiąć, a do tego wystarczy zasada dwóch gwoździ, która jest prosta jak ten gwóźdź. Na jednym gwoździu nabijamy karteczki z tym co wpływa do kasy, a na drugim z tym co z niego wypływa. Ta pierwsza kupka musi być zawsze wyższa i to jest podstawowa wiedza ekonomiczna. Innej do prowadzenia działalności gospodarczej nie potrzeba, bez względu na to jaka by nie była; mówię to z perspektywy prowadzenia dg od trzydziestu lat.

 

Jednak do pewnego momentu ta opowieść jest strawna, a od jakiegoś ilość goryczy przelewa mi się poza kartki. Przeczytałem dwukrotnie i wciąż nie widzę w tej książce morału ani zakończenia. Może dlatego, że w mojej pisaninie rozprawkowe poukładanie wątków jest kluczem i chcę czytelnika prowadzić za rękę. W swej pysze myślę, że każdy tak musi. Tutaj jest inaczej i wiele trzeba wiedzieć z hardcorowej branży, żeby się rozeznać w niuansach, ale pomijając wszystko, ta książka zostawiła mnie w smutku i w takim myśleniu, że przecież życie nie jest aż tak złe, dołujące i beznadziejne jak pisze Ania. Przecież świat nie składa się tylko z mężczyzn, którzy są bucami, małymi cwaniaczkami i gnojkami czyhających na czyjeś dobro, pieniądze lub jego cielesność. Autorka stworzyła wiele pozytywnych rzeczy, a z tego dzieła to nie wynika. Jest tu dużo niepotrzebnej małostkowości, starych żali, rozdrapywania ran i totalnej zerojedynkowości. To one zawłaszczają esencję tej książki zabierając z niej wartość sentymentalną, wspomnieniową i historyczną, a pozostawiając wynurzenia nastolatki i młodej kobiety, która w końcu im wszystkim wygarnęła. Tylko po co? Wszak również dzięki tamtym wszystkim ludziom i zdarzeniom jesteśmy w tym miejscu, w którym jesteśmy. Nie podoba mi się też ta podskórna niechęć autorki w stosunku do uczniów zawodówek. W tej książce to oni wraz z prywatną inicjatywą, wolnym rynkiem i wszelkimi troglodytami stanowią oś oddzielającą autorkę od dobrego świata, w którym pojawiają się inteligentne humany, wysoka kultura, wzniosłe idee i praca w budżetówce. Tu bym zalecił P.M.A. i więcej zrozumienia dla innych. Pamiętam polonistki moich starszych dzieci jak gderały w końcówce gimnazjum, że jak nie będą się uczyć to wylądują w zawodówce. Zawsze następnego dnia meldowałem się u nich z tyradą absolwenta zawodówki i przedsiębiorcy przeciwko pomysłowi na armię studentów, którzy pójdą do korpo albo zasilą państwowe placówki i do końca życia będą z siebie niezadowoleni.

 

Muszę też napisać jedną rzecz od serca. Z podziwem patrzę na działania bielskiej ekipy i na to jak wspólnie rozmawiają, pracują i wspierają się wzajemnie. Z zazdrością patrzyłem zawsze na ich cotygodniowe spotkania, podczas których niewątpliwie knują, ale przede wszystkim z szacunkiem wysłuchują wszystkich głosów i nawet jeśli nie dochodzą do konsensusu, to same spotkania muszą być klajstrem na wiele przeciwności losu. Jeden drugiemu zawsze pomoże. Stworzyli swój świat i Ania jest w nim bardzo ważnym trybikiem. Za to wielki szacunek!

 

Książka kończy się trudnym rozdziałem o śmierci Darka „Kićka” Kota w 2011 roku. Był on lokalnym załogantem i przyjacielem całej bielskiej ekipy. Taki epilog musi mieć dwie konsekwencje. Po pierwsze zostawia nas w żalu po przeczytaniu o odejściu tak bliskiej dla Ani osoby, a po drugie do 2026 roku jest jeszcze dobre piętnaście lat. Zastanawia mnie więc co dalej? Czekam zatem grzecznie na kolejny, mniemam, że grubszy tom, w którym możliwe, że pojawią się wtręty o dwóch koncertach CX w B.B, o naszych wspólnych gigach z Eye For An Eye w latach 2012, 2013 i 2015 czy o gorących dyskusjach między nami na temat tego jak naszym zdaniem winien wyglądać ten łez padół.

 

Bez względu na wszystko nad tą pozycją warto się pochylić!

Ani dziękujemy za solidną dawkę papieru, a my czytamy w Jamie!

 

ZIMA  RECORDS x Eye for an eye x Pasażer zine and records x Przestrzeń Wolności x Black Wednesday Records x CoreTex 

 

ps. półtora miesiąca temu byłem w B.B. w Przestrzeni Wolności na moim spotkaniu autorskim. Wspaniali załoganci, świetna ekipa i dłuuuuuga pogadanka z mądrymi ludźmi. Dziękuję!

wróć do listy wpisów