LICENCJA NA ZAWÓD BARBERA? styczeń 2022

dodano: 07 stycznia 2022

LICENCJA NA ZAWÓD BARBERA? styczeń 2022

Czy popularnie nazwane licencją uprawnienia umożliwiające pracę w zawodzie fryzjera męskiego są nam potrzebne czy nie? 

Dyskusja na ten temat toczy się w wielu krajach. U nas co nieco, być może z nudów było mówione w trakcie pandemicznych lajwów pierwszego lockdownu, ale w zasadzie w branży jest kompletna cisza w tym temacie. Ja twierdzę, że nic o nas bez nas, więc jeśli chcemy, żebyśmy się rozwijali i odpowiadali za to co się u nas dzieje, to powinniśmy i w tej kwestii porozmawiać, posprzeczać się i koniec końców dojść do jakiegoś konsensusu.

Bo to wszystko nie jest takie proste…

Nasz zawód jest uwolniony od końca lat osiemdziesiątych. Oznacza to, że fryzjerem męskim może zostać każdy, otworzyć zakład może każdy i wymądrzać się na temat pasji i rzemiosła też może każdy. Również bez względu na to czy ma pojęcie o świadczeniu usług, predyspozycje do ich wykonywania, czy ma jakikolwiek staż i czy plecie trzy po trzy. Wystarczają chęci. Przynajmniej na początek. Mamy więc bazę wyjściową taką, że na dzień dzisiejszy w zakładzie fryzjerskim mogą pracować fachowcy różnego autoramentu, z wykształceniem branżowym lub bez, z jakimkolwiek wykształceniem lub bez i tylko tak zwana niewidzialna ręka rynku weryfikuje kto stoi za fotelem.

Jak to jest w innych krajach?

W Stanach Zjednoczonych licencja na barbera jest wymagana. Trzeba skończyć szkołę, mieć wypracowaną odpowiednią ilość godzin, wybulić odpowiednią dolę, przejść egzamin i dopiero można chwycić brzytwę do ręki. Można rozpocząć naukę w dowolnym punkcie swojego życia. Nie jestem pewien, ale są chyba ograniczenia minimum wieku i to może być zależne od stanu. Tak zwani styliści zajmujący się fryzjerstwem damskim i męskim przechodzą w USA krótsze i ogólniejsze kursy i czasami strzygą mężczyzn w dość popularnych uniseksach, więc jakość męskiego strzyżenia jest w nich zdecydowanie gorsza.

Wielka Brytania. Wciąż nie ma tam licencji, ale to jest kraj, w którym od lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku głośno rozmawia się  o za i przeciw uprawnieniom. I tam właśnie fryzjerzy, barberzy, branżowe media i organizacje dyskutują na ten temat. Przede wszystkim próbują w ten sposób wymóc na części barber shopów minimum higieny i zachowań sanitarnych. Powstały nawet na ten temat programy w brytyjskich telewizjach, więc coś na rzeczy jest. Co ważne utrzymanie standardów XXI wieku nie zależy tylko od posiadania licencji lub jej braku- o czym niżej, ale wspomniane wyżej nonszalanckie barber shopy to najczęściej osoby nielicencjonowane z dużą dozą beztroski jeśli chodzi o czystość w zakładzie.

Unia Europejska. Jest tak jak u nas. Kilkudekadowe zarżnięcie zawodu fryzjera męskiego, brak profesjonalnej edukacji i dopuszczenie do niego wszystkich, którym się wydaje, że umieją strzyc doprowadziło do sytuacji, że nie ma branżowych egzaminów, a higiena w wielu miejscach jest delikatnie mówiąc na bakier. Czy tyczy się to tylko tych, którzy nie mają dokumentu poświadczającego egzamin? Niestety nie. Sytuacja wygląda tak, że luzackie podejście do jakości usług i prowadzenia zakładu mają również ci, którzy skończyli odpowiednie szkoły, a ich ściany uginają się pod ciężarem certyfikatów.

Co mamy u nas?

Są szkoły branżowe i technika fryzjerskie, po których nieliczni w zawodzie zostają, a z tych nielicznych tylko niektórym chce się robić coś dalej. W tych szkołach działu męskiego jest jak na lekarstwo. Rynek oczywiście nie śpi i w zamian za brak fryzjerstwa męskiego w nauczaniu państwowym mamy akademie z master barberami w co drugim barber shopie, w których świeżo upieczeni adepci jednej akademii w krótkim czasie po otrzymaniu certyfikatu szkolą w kolejnych master akademiach za unijny szmal. Są też kursy korespondencyjne- tak, tak!- w których obok szkolenia z tkactwa, języka angielskiego i innych kursów można nauczyć się tak zwanego fryzjerstwa z elementami barberingu z zeszytów i on line. Zdaję sobie sprawę jednak też z tego, że oni wszyscy po prostu wypełniają lukę, a nawet wyrwę edukacyjną w branży fryzjerstwa męskiego. Natomiast chęć otrzymania takich dyplomów przez „studentów” akademii pośrednio potwierdza, że ludziom zależy na papierku i chcą jakiegoś potwierdzenia swoich kwalifikacji.

Jaka powinna być sytuacja idealna?

I have a dream: młody człowiek kończąc szkołę podstawową idzie do szkoły branżowej. Tam przez trzy lata na przemian w szkole i dobrym zakładzie pracy uczy się barberingu. Do tego ów uczeń jest pełen chęci i zaangażowania, a na koniec zdaje egzamin czeladniczy z fryzjerstwa męskiego na bardzo dobry. Wychodzi wtedy na rynek pracy jednostka licencjonowana, świadoma, wyuczona i do tego pełna pomysłów na rozwój swój, zakładu i branży. Oczywiście rozwija się dalej w technikum i na kolejnych szczeblach nauki oraz doszkala się samemu na prywatnych, dodatkowych pokazach, kursach, targach itd.

Ale tak się nie dzieje. Państwowych szkół o profilu fryzjerstwa męskiego nie ma. Nauczycieli, którzy mogliby uczyć w takich szkołach jest niewielu, a uczniowie, którzy przyszli do szkoły, bo podoba im się dział męski szybko zniechęcają się codziennym trybem nauki tak zwanej damsko- męskiej. Gdzieniegdzie trafi się nauczyciel- pasjonat, który wbrew wszystkiemu wrzuca do swojego nauczania barberskie kwiatki, zaprasza znanych mistrzów na pokazy czy zorganizuje wyjście z klasą do dobrego zakładu fryzjerskiego. Jednak dopóki nie będzie nas w programie nauczania dopóty nie będzie edukacji barberskiej w szkole. Bo przypadkowe, choć często pełne chęci i zaangażowania lekcje nie zrobią z ucznia wyedukowanego barbera.

Rozwiązanie?

Licencja fryzjera męskiego w zasadzie już jest. Nie jest obowiązkowa, ale jest. Już teraz można zdobyć poświadczenie swoich umiejętności poprzez zdanie egzaminu czeladniczego z fryzjerstwa męskiego w Wielkopolskiej Izbie Rzemieślniczej. Każdy kto spełni kilka warunków, w tym jeden z najważniejszych jakim jest udowodnienie lat pracy lub nauki w zawodzie może, kolokwialnie mówiąc „podejść” do takiego egzaminu. Został on przygotowany głównie przeze mnie z ogromną pomocą Wydziału Oświaty W.I.R. Pierwszy z egzaminów odbył się we wrześniu tamtego roku i tyczył grupy barberskiej, którą uczyłem w poznańskiej branżówce. Sam egzamin poświadczył przede wszystkim dobrą, trzyletnią pracę. W tym znaczeniu otrzymanie licencji jest lekiem na patologie branżowe. Dlatego, że grupa moich uczniów dobrze zdała egzamin udowadniając, że trzyletnia nauka w jednej specjalizacji przynosi świetne efekty. Poznali dokładnie cały materiał począwszy od etyki, higieny i behapu, poprzez historię, teorię i prowadzenie zakładu aż do szlifowania twardych umiejętności w szkolnej pracowni. To przyniosło rezultat, o którym członkowie komisji egzaminacyjnej powiedzieli, że tak dobrej grupy z działu męskiego na egzaminie czeladniczym jeszcze nie widzieli. Ale fakt jest też taki, że egzamin ten stawia poprzeczkę bardzo wysoko i żeby go zdać trzeba się przyłożyć.

Wszystko jak zawsze zależy od człowieka, ale ja myślę, że gdyby istniały dobre szkoły przygotowujące do zawodu z dobrymi mistrzami, którym się chce i uczniami, którzy wiedzą po co przyszli do szkoły to jest szansa na progres.

Ale takie szkoły i tacy mistrzowie znikąd się nie wezmą. Kiedy cztery lata temu startowałem z edukacyjnym projektem eksperymentalnym „Fryzjer Męski Barber” trudno było- w takim mieście jak Poznań- znaleźć kilkunastu mistrzów szkolących, którzy po pierwsze wykazywaliby się pojęciem o fryzjerstwie męskim, po drugie mieliby odpowiednie przygotowanie pedagogiczne i po trzecie również bardzo ważne, dodatkowo chcieliby zrobić coś pro bono dla NAS WSZYSTKICH i dla przyszłych pokoleń. Potrzeba było chęci, pracy i konsolidacji sił. Bez względu na to wszystko i bez względu na różne kłody po drodze eksperyment barberski powiódł się. Pokazał, że kierunek może płynąć swoim torem niezależnie od ogólnego fryzjerstwa. Pokazał, że można przez trzy lata w ciekawy sposób uczyć barberingu. Przetarł też szlaki dla ewentualnego nauczania zawodu na skalę ogólnokrajową.

I teraz najważniejsze. Samo wprowadzenie licencji jako takiej nie jest żadnym rozwiązaniem jeśli nie będzie stał za nią świadomy fryzjer. Jest natomiast wielka szansa, że osoby, które ją zdobędą nie będą powielać wynaturzeń branżowych, tumiwisizmu i że nasiąkną dobrymi nawykami. W przyszłości powinno doprowadzić to do sytuacji, w której ci absolwenci będą nauczać dobrej pracy kolejne pokolenia. To chyba jedyne wyjście.

I jeszcze jedno. Licencja nie musi być (i na razie nie jest) obowiązkowa, ale powinna stać się czymś wartym posiadania. Czymś co w środowisku jest ważne, potrzebne i tym co klasyfikuje i wyróżnia  „jutubowców” i „master akademików od siedmiu boleści" od nas czyli wykwalifikowanych rzemieślników.

Powtórzę: już teraz każdy może się zmierzyć z egzaminem czeladniczym i uzyskać tytuł fryzjera męskiego. Bo wśród osób, które nie mają oficjalnych uprawnień jest wielu zdolnych ludzi, którzy gdzieś tam kiedyś trafili do zawodu i mogliby zasilić szeregi dobrego rzemiosła. O taką świeżą krew w branży jak najbardziej chodzi, bo bez ludzi z zewnątrz zaśniedziejemy. Jednak uważam, że pewien bazowy, fundamentalny standard wiedzy powinien obowiązywać nas wszystkich i po to w zasadzie powinna być licencja.

Warto spróbować egzaminu czeladniczego, by rzeczywiście ocenić swoje umiejętności i w przyszłości móc przekazywać wiedzę i nauczać uczniów. Jest to jakiś pomysł na poprawę sytuacji i totalnej przypadkowości jaka panuje teraz.

Zachęcam.

A. xxx

wróć do listy wpisów