KSIĄŻKA MIESIĄCA W JAMIE Kwiecień 2026

dodano: 16 kwietnia 2026

KSIĄŻKA MIESIĄCA W JAMIE Kwiecień 2026

Maja Krasicka „Okna z widokiem na świat. Hotel Merkury i luksus w PRL” (Wydawnictwo Miejskie Posnania 2024)

 

Na Hotel Merkury w Poznaniu- cudo architektury przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku- każdy z nas zwykłych śmiertelników patrzył z podziwem. To stamtąd taksówki zabierały i tam przywoziły cudzoziemców, to tam życie przez okno wyglądało tak inaczej, tak europejsko i zachodnio, to tam mieścił się Pewex, elegancka cukiernia i pokoje, o których każdy słyszał, a nikt ich nie widział. Dla nas szaraków nie było tam miejsca, choć na mieście mówiło się dużo o piłkarzach, którzy tam balowali, o prywaciarzach zostawiających krocie napiwków, o cenach za pokój przyprawiających o zawrót głowy zwykłych zjadaczy chleba czy o kosmicznej bryle budynku wyrwanej kompletnie z kontekstu codziennego życia miasta Poznania.

Autorka książki Maja Krasicka przenosi nas do luksusu peerelowskiej rzeczywistości, w której normalni ludzie żyli po cichu, ale jak władza miała wymyślić coś komfortowego, to już musiało być takie, żeby przyćmiło zachodnich gości. I tak było w Merkurym.

 

Świetnie opowiedziana historia poznańskiego hotelu zaczyna się w powojennym świecie miasta Poznania, w którym zniszczenia dokonane przez pięcioletnią niemiecką okupację i wielką bitwę zimą 1945 roku sięgały nie tylko materialnej, ale też psychicznej sfery mieszkańców. Dość powiedzieć, że wojenna demoralizacja objawiała się w codziennej obsłudze obywateli na różnych polach. W tym branży hotelarskiej, która poobijana po okrutnych czasach po wojnie została znacjonalizowana, a właściciele zastąpieni kierownikami z odgórnego nadania.

 

Poznań potrzebował dobrego hotelu jak kania dżdżu. Do naszego miasta przyjeżdżali zagraniczni kontrahenci odwiedzający targi poznańskie i powstające fabryki, ale nie mieli komfortowej strefy do odpoczynku. Dziś jest zupełnie normalne, że po długiej podróży meldujemy się w hotelu, bierzemy prysznic, rozpakowujemy się, jemy tam kolację, wygodnie śpimy, śniadamy i następnego dnia jesteśmy gotowi do działań operacyjnych. Wtedy niekoniecznie.

 

Zatem pani Maja wzięła sobie za cel opowiedzenie nam o meandrach i zawiłościach powstania, rozkwitu i upadku hotelu, który swą bryłą w reprezentacyjnym miejscu miasta pokazywał całemu światu jak Stanisław Tym swoim misiem: „patrzcie to nasze i to nie jest nasze ostatnie słowo!”.

 

Zatem jesteśmy świadkami powstawania budynku na desce kreślarskiej. Z trzech projektów wybrano ten, który znamy autorstwa pp. Cieślińskiego i Węcławskiego. Zwłaszcza ten pierwszy poczuł krew i projektował wszystko od A do Zet włącznie z lampami, fotelami, recepcją i ogromem różnych drobiazgów. Ciekawe, bo na początkowym etapie swojej frustracji związanej z przeszkodami administracyjnymi w swoim dzienniku opisującym przebieg budowy użyl sformułowania „biurokracja zabija twórczość”. Jeszcze ciekawsze by było co by teraz powiedział jak by mu ministry wyskoczyły z zielonoładowymi ekoprzepisami. Pewnie nie dokończyłby tej budowy nigdy. 

 

Otwarcie Merkurego następuje w 1964 roku i oczom pierwszych gości oraz oglądających ukazuje się nowoczesny budynek z przestronną recepcją, urokliwą kawiarnią, najwyższych lotów restauracją, salonem fryzjerskim i trzystu pięćdziesięcioma dwoma pokojami, w tym jednym- nr 127- dla podsłuchującej esbecji. Dla recepcji wymyślono specjalny system meldowania o tajemniczej nazwie Room Status System, który w tym skomplikowanym sercu hotelu pracował całą dobę po to, żeby ułatwić życie pracowników, ale też, żeby nie było pomyłek na różnych poziomach przekazywania informacji o gościu. Kawiarnia zapraszała swoich gości na śniadania, a zaraz po godzinie dziesiątej rano, gdy obsługa posprzątała po porannym zamieszaniu zaczynali schodzić się pierwsi klienci z ulicy, i tak było do późnych godzin wieczornych. Kawiarnia słynęła z lodów i ciast robionych w specjalnych hotelowych pracowniach. Z kolei restauracja przygotowywała wykwintne potrawy na orbisowskich zastawach z fabryk porcelany na Dolnym Śląsku, a ilość zatrudnionych w niej pracowników była oszałamiająca. Szyk! Co jeszcze? Klub hotelowy, zamawianie rozmów telefonicznych, zakupy w Peweksie, panie lekkich obyczajów i salon fryzjerski, o którym autorka nie napisała NIC. Ani jednego słowa na temat porannego golenia skacowanych dżentelmenów, nic o nowoczesnym urządzeniu salonu w częściach męskiej i damskiej, ani o modzie na fryzury pań i panów pracujących w hotelu, ani o tym, że zakładu już nie ma. Bardzo, bardzo szkoda.

Poza tym książka erste klasse.

 

Bardzo polecam, bo to kawał historii naszego miasta, która w pewnym sensie wciąż jest żywa za sprawą nowego właściciela i nowej, acz bliskiej starej, nazwy Mercure.

Wiem, że autorka szykuje kolejną pozycję, tym razem o Orbisie- czekamy cierpliwie, a póki co czytamy w Jamie!

 

Wydawnictwo Miejskie Posnania 

 

ps 1. bym zapomniał- mój egzemplarz z dedykacją i podpisem autorki- dziękuję!

ps.2. udało mi się zrobić mały research odnośnie fryzjerni istniejącej w merkurowych wnętrzach. No i tak, starzy fryzjerzy mówią, że od początku istnienia aż do roku 1989 był to zakład podlegający Spółdzielni Fryzjersko-Kosmetycznej w Poznaniu. Wszystko to co napisałem wyżej o tym, że było to nowoczesne miejsce pozostaje bez zmian, bo to był spółdzielczy lokal flagowy najwyższej kategorii i pracujący na dwie zmiany. W 1989 roku zakład troszkę stracił na renomie, ale w listopadzie tego samego roku przejął go pan Tadeusz Mizgalski z żoną Izabelą i otworzyli tam salon o nazwie Wzorcowy, który najjaśniej świecił na firmamencie ówczesnej poznańskiej branży beauty. Prowadzili go aż do sprzedaży hotelu przez Orbis.

wróć do listy wpisów