recenzja #293

dodano: 22 grudnia 2023

RECENZJA #293

Dolly Parton- 4 Lp „Rockstar” (Butterfly Records) 2023

By Adam Szulc Barber grudzień 2023

 

Czterdziesty dziewiąty album gwiazdy amerykańskiego country jest faktem! 

Dolly Parton to najwyższa półka celebryckiego życia z pudelków, pomponików i innych tego typu różowiastych historii. Tym razem jednak- mimo neonowych cyrkonii na odwrocie okładki i długich pink paznokci- dostajemy sporą dawkę przyzwoitego rocka z ogromem gości, wieloma coverami i dziewięcioma autorskimi kompozycjami. Skąd ta zajawka na taką muzykę? Podejrzewam, że z Rockandroll Hall Of Fame w Cleveland, w którym notabene gościłem w tym roku latem i z którego dowiedziałem się, że artystka została przyjęta do sław tejże placówki w roku 2022. Tam też był emitowany z nią wywiad i to w nim obiecała w przyszłości nagrać rockowy album. Bardzo szybko słowa dotrzymała, bo te krążki z nowymi nagraniami ukazały się nie dalej jak miesiąc temu.

 

Tytułowy utwór jest świetnym zaczynem otwierającym całe rozdanie, bo trzeba Wam wiedzieć, że do posłuchania należy się wygodnie rozsiąść, albowiem album zawiera aż trzydzieści utworów. „Rockstar” to solidna rockowizna w klimacie Bon Jovi (zresztą jeden z ich muzyków, niejaki Richie Sambora, gra w tym kawałku). Słodkawy głosik artystki momentami lekko mdli, ale riffy i perkusja gdzieś tam przysłaniają niektóre wysokie C, więc niewprawione ucho do Partonowych rytmów jest się w stanie do tego przyzwyczaić. Podobnie brzmi kolejny. Jest to „World on fire” z mocnym antywojennym tekstem. Ja w swoim mniemaniu o Dolly Parton w ogóle bym do niej takiej muzyki nie przypisał. Fakt jest taki, że wzięła się tutaj za wielkie przeróbki, a do tego jeszcze nagrała kilka dobrych numerów w starym amerykańskim stylu rockowego grania. To się może podobać, choć nagrywanie dużej ilości coverów może też wywołać spekulacje na temat pomysłów na własną twórczość, ale po nagraniu takiej ilości piosenek przez ponad pięćdziesiąt lat chyba nikt jej tego nie zarzuci. 

 

Na plus wyróżniają się kawałek „Wrecking ball” z córką chrzestną Miley Cyrus, dobrze chodzi „I dreamed about Elvis”, w którym Dolly ubolewa nad faktem, że nigdy razem nie wystąpiła z Królem w duecie na jednej scenie i całkiem przyjemnie słucha się „My blue tears” z wokalistą Duran Duran. Płyta, a raczej komplet płyt, to bardzo spójne i jednolite nagrania, które brzmią bardzo koncepcyjnie, a mimo tego, że utwory na nich zostały powybierane od sasa do lasa, to cukierkowatość tembru pani Parton zgrabnie to wszystko łączy w całość.

 

Jeśli chodzi o covery, to jak wspomniałem ich wybór sprawia wrażenie przypadkowości, ale wersje „Every breath you take” z pomocą Stinga, „Purple rain”, „Stairway to heaven” i „Let it be” z udziałem obu żyjących chłopców z Liverpoolu dają ciary po plecach. Do tego fura różnych artystów zaproszonych do projektu sprawia wrażenie silnej nadbudowy, a przynajmniej lekkiej przesady, ale do tego to akurat Dolly Parton zdążyła nas przyzwyczaić robiąc wszystko na full i jeszcze trochę, więc można było się tego po niej spodziewać. Zatem do ogólnej układanki kooperantów mamy tu takie nazwiska jak Elton John, Steven Tyler, Joan Jett, Rob Halford, Debbie Harry, Pink, Kid Rock czy Nikki Sixx. Tych artystów trudno posądzać o sympatie do muzyki country, wręcz przeciwnie część z nich to mocne osobistości nawet w heavy metalowym światku.

 

„Rockstar” to solidna produkcja rozpoczynająca nowy start w życiu Dolly, a muzycznie to po prostu porządny album na zbliżający się wielkimi krokami karnawał. Poza tym dwie siekierki jego wykonawczyni to piękny wiek na podsumowywanie swojego muzycznego życia, choć myślę, że nasza dzisiejsza bohaterka nie odpuści i za dwa-trzy lata pojawi się album numer 50. Przyjrzymy się w swoim czasie i temu.

Póki co my przedświątecznie słuchamy w Jamie „Rockstar”(mój egzemplarz w boksie na czterech różowych winylach)!

 

Dolly Parton x Miley Cyrus

wróć do listy wpisów