recenzja #307

dodano: 26 lutego 2024

RECENZJA #307

Skarhead N.Y.H.C.- Lp „Generators of violence” (Generation Records) 2023

By Adam Szulc Barber luty 2024

 

Podziarane typy z nowojorskiego Skarhead dowodzone przez Danny’ego Diablo aka Lorda Ezec’a powracają. Płytę na winylu, po roku od premiery na CD wydał Generation Records, którego siedziba mieści się w samym środku południowego Manhattanu. Miałem przyjemność być tam ze trzy razy i za każdym razem czuć tam było ogromne zaangażowanie załogi w to co robią. Ten sklep to taki odpowiednik berlińskiego Coretexu albo All Ages z Londynu, ale mniejsza o to.

 

Nowe sześć utworów składające się na te epkę nie są jakimiś wybitnymi propozycjami, ale warto je odpalić, żeby przypomnieć sobie jak kiedyś grało się prostego hardcore’a z elementami punk rocka i hip hopu i żeby też rozumieć, że w mieście Nowy Jork gra się po swojemu. Bo to miasto nigdy nie zasypia, a oprócz milionów zwiedzaczy zaaferowanych miejską turystyką, N.Y.C. ma swoje mroczne strony i społeczne, w zasadzie trudne do rozwiązania albo nawet nierozwiązywalne problemy.

 

Po trzy kawałki na stronę z wyjątkowymi gośćmi (Lars z Rancid, Travie z Gym Class Heroes czy Julian z Show Me The Body) pokazują, że ci- już w średnim wieku panowie- wciąż mają w sobie parę i coś do opowiedzenia.

 

Pierwszy „Destruction” nie zaskakuje. Wszystko czego spodziewamy się po NYC/HC dostajemy tu na tacy. Tekstowo: nie ma poddawania się. Muzycznie: hardcorowa rzeź niewiniątek. To tutaj w drugiej części utworu pojawia się wokaliza rancidowego Larsa Frederiksena. „Back in the day” jest kolejnym standardem bez udziwnień. Gdybym tylko obejrzał teledysk, pomyślałbym, że to żart, ale obawiam się, że ten sznyt zachowania z pogranicza gangsterki, kumpli, grilla i wspólnego spędzania czasu może być naprawdę, choć nie wykluczam dżołku, którego po prostu mogłem nie zrozumieć. Tutaj gościnnie rapuje Travie McCoy. Zamykający pierwszą stronę tytułowy numer pełznie po Queens i rozgląda się kto się czai zza węgła. Miejski typ. Powolny, bezwzględny, uliczny i gotowy do rozwałki. Wokal typowy dla zespołu jak i gatunku. Hardcore w nowojorskim stylu oparty na jednym porządnym riffie, który na długo zostaje w głowie. 

 

Przekładam na drugą stronę i trzy kolejne strzały z ukrycia. „Time to die”, „Defiance” i „Love on the rock”. Pierwszy z zaproszonym do wyśpiewania kilku fraz wokalistą Show Me The Body jest chyba najfajniejszym kawałkiem na całej epce. Nie ma tej spiny, którą charakteryzują się inne utwory. Jest szybki, sprawny, całkiem dynamiczny, przyzwoicie krótki i bez zbędnych przedłużek. Bardzo dobre zwolnienie na końcu przypomina o dobrych rytmach gatunku sprzed lat. Zdecydowanie numer jeden. „Defiance” też jest dobrym kawałkiem. Dobry chór, fajna melodia, skoczne tempo, porządny riff i motoryczne beczki. W drugiej części dołożone trochę skreczu ubarwia i tak ciekawy numer. Na końcu dostajemy utwór, który jest bonusem do winyla i nie ma go na żadnym innym nośniku. Jest to kompozycja oparta na długim pasażu keyboardowym w stylu muzyki pop lat osiemdziesiątych, taka trochę hardcorowa Cyndi Lauper, ale to w sumie nie jest przypadek, bo Skarhead nagrał już płytę z coverami z tamtego czasu („Dreams don’t die” z 2011 roku) i przerobiony utwór pani Cyndi (zresztą urodzonej na brooklyńskiej dzielni) też tam jest.

 

Ogólnie ta epka to połączenie madballowej retoryki z trochę taką skinowską rytmiką z początku lat osiemdziesiątych i monodeklamacjami ogrywanymi na bumboxach nowojorskiej ulicy.

 

Tak jak już wspominałem to nie jest jakiś wybitny singiel, ale warto się nad nim pochylić. Do odsłuchu bez większych uniesień- krzywdy nie ma.

Słuchamy w Jamie!

 

CoreTex x Generation Records x Skarhead

wróć do listy wpisów