recenzja #372

dodano: 01 kwietnia 2025

RECENZJA #372

Willie Nelson- Lp „The Border” (Sony Music) 2024

By Adam Szulc Barber kwiecień 2025

 

Willie Nelson- ulubieniec Ameryki, naturszczyk, bard i przedstawiciel nurtu outlaw country w jednej osobie. Lata temu założył kwartet The Highwaymen, do którego dokooptował takie gwiazdy jak Johnny Cash, Waylon Jennings i Kris Kristofferson.

Czy można mieć 92 lata, nagrać w życiu ponad 80 płyt i wciąż być aktywnym na scenie muzycznej? Można. Jakby tego było mało, to po płycie, która jest tu recenzowana i ukazała się rok temu, kilka miesięcy później wydał kolejną! Co za gad i ile to ma w sobie żywotności!!

 

Ta płyta jest po prostu świetna. Od pierwszego, tytułowego po ostatni „How much does it cost?” tu nie ma złego dźwięku. Każdy utwór jest doskonale zaaranżowany, porządnie nagrany i wspaniale brzmi. Każdy przywołuje tęsknotę za tak zwanymi starymi, dobrymi czasami, a w tym przypadku do klimatów z mid westu, Teksasu, gorącego pogranicza i tych wszystkich historyjek, mniej lub bardziej brutalnych, które znamy z kowbojskich filmów. Nie trzeba mieć też specjalnej wyobraźni by oczami duszy zauważyć te wszystkie przewalające się przez puste miasto wyschnięte krzaczory, spaloną ziemię i węże czające się w rozpadlinach.

 

Do tego wszystkiego Willie Nelson, który wydawał mi się kiedyś facetem z wadą wymowy, tutaj bardzo wyraźnie śpiewa i dużo można zrozumieć tak po prostu ze słuchu. A na słuchawkach to jest bajka. Wszystkie te dźwięki, przeszkadzajki jak z westernowej tancbudy plus naprawdę ciekawe, choć proste kompozycje robią robotę.

 

Mamy tu dziesięć kawałków, w których przebój płynie za przebojem. Każdy z nich mógłby osobno wejść na singla i być reprezentantem całego albumu. Jednakże i tu są jednostki bardziej wybitne od pozostałych. Mam trzy typy.

 

„The border” -piękna opowiastka o amerykańsko-meksykańskiej granicy i żołnierzu bądź ochotniku pilnującym jej od północnej strony. „What if I’m out of my mind” to rytmiczny utwór z podrzędnej potańcówki na saloonowym klepisku z miłosnym wyznaniem w tle. „Nobody knows me like you” to Willie Nelson, jakiego znamy i lubimy w troszkę nowszej, może bardziej modernej odsłonie. Ten kawałek prawie zamyka stawkę, ale poza tą trójką jest jeszcze ostatni na albumie, wspominany już wyżej, w klimacie z filmów Sergio Leone. Cudo po trzykroć. 

 

Płyta „The border” to porządnie skonstruowany kawał muzyki i na pewno nie można powiedzieć, że coś tu zostało zrobione na odczepne. Wręcz przeciwnie, podziwiam, że mimo takiej ilości wyprodukowanych nagrań, Willie Nelson wciąż wypuszcza dobre rzeczy. Po prostu ma jeszcze chłop parę w rękach i pomysły w głowie.

Tak trzymać.

Słuchamy w Jamie!

 

Willie Nelson

wróć do listy wpisów