recenzja #435
RECENZJA #435
Stand Still- Lp „Steps ascending” (Daze Records) 2024
By Adam Szulc Barber styczeń 2026
Jeżeli dobrze pamiętam, to ich wcześniejszy placek recenzowałem latem 2023 roku. To była kilku utworowa epka, a tu mamy duży debiutancki album. Nie będę już się skupiał na zespole jako takim, ale nowojorczycy ze Stand Still są ciekawi, bo nie sztampują. Nie jest to New York Hard Core, jaki można mieć na myśli po przeczytaniu pochodzenia tej ekipy. Mimo, że tkwią mocno w hardcorze jako takim, to udało im się wyrwać z hardcorowej jaskini tough guyów. Stand Still na swym pierwszym albumie grają z kopyta, mają świetne mid-tempo, super selekcję instrumentów i ciekawe kompozycje. Wszystko podchodzi gdzieś pod waszyngtońskie granie z wytwórni Dischord, ale bardziej w tym ich starym stylu z końcówki lat osiemdziesiątych. Gdzieś mi po głowie chodzą takie nazwy jak Dag Nasty czy Embrace i tak jak z tego pierwszego jest melodyka i tempo, tak z legendarnego Embrace jest ten taki niepokój, który się tam kołacze po zakamarkach mózgu. Jest też tu taka siła starego emo z połowy lat dziewięćdziesiątych. Trochę Temperance, trochę Split Lip, trochę nagrań z Doghouse Records…
Różnica między singlem sprzed tych dwóch lat, a „Steps ascending” jest zasadnicza. Mimo podobieństw w postaci konstrukcji utworów, tutaj mamy dużo dojrzalsze kompozycje i takie doroślejsze podejście do grania. Może po prostu nauczyli się lepiej grać albo bardziej posiedzieli przy konstrukcji kawałków spędzając więcej czasu w sali prób? Krew, pot i łzy- to takie amerykańskie i pełne patosu, ale sprawdza się przy codziennej robocie.
Ciekawe teksty, które pisane są już dla dorosłych, a nie dla nastolatków. Dobrze się je czyta i kontempluje. Na przykład takie wersy: “The splitting grains of sand being dragged under the crashing waves; the lonely days and the bummers; the sickening, crooked campaign; can’t go another day not asking; why was I the one left kneeling?”. Albo te: “My father always told me I had a rebellious streak; he just observed the thing in himself that he saw in me; when his dad threw “War Pigs” in the fire; a chain of events began to transpire; until he made the torch ignite; when he handed me a guitar and a mic”. Osobiste, ale zarazem społeczne. O sobie i o wszystkich, o każdym z nas.
Mój faworyt to utwór tytułowy, który najbardziej przypomina mi epkę Trusty i ich numer „A name to depend on”- świetny, trochę jak Token Entry albo wczesny Ignite.
Przyzwoita jest ta płyta, chociaż niczego jakiegoś szczególnego niby tu nie ma, żadnych specjalnych uniesień. Po prostu dobrze skrojona muzyka z porządnie napisanymi tekstami z odniesieniami do historii muzyki, ale wszystko jest na takich nowych resorach, z nowoczesnym sznytem i pomocą najnowszej technologii. To ostatnie to rewelacyjna produkcja. Do tego dochodzi świetne brzmienie, mega dynamika, dobre rozgrywki aranżacyjne, fajne pomysły i ciekawe melodie. Ogólnie dobra płytka.
Mój placek na żółtym splatterze.
Słuchamy w Jamie!