recenzja #437

dodano: 13 stycznia 2026

RECENZJA #437

Fu Manchu- Lp „The return of…Live” (At The Dojo Records) 2024/2025

By Adam Szulc Barber styczeń 2026

 

Rocznice Jamy mają to do siebie, że nasi klienci przynoszą nam dary w postaci na przykład winyli. I to na ten przykład w postaci najnowszej koncertówki Fu Manchu. Płyty tego typu nie zawsze oddają klimat imprezy. Tu jest inaczej i słychać żywioł, energię, tempo i dynamikę, co na pewno jest zasługą nie tylko samych występów zespołu, ale porządnego nagrania i rzetelnej realizacji. Jednak nie ma się co dziwić, bo przed Państwem wielki Fu Manchu ze swoimi sludge’owymi gitarami, brekadownowym rockiem, inwazją kontrastów, feerią dźwięków i zwariowanymi solówkami.

 

Ten kalifornijski zespół to weterani sceny metal/hardcore/stoner. Grają grubo od ponad trzydziestu lat i wydali sporo płyt. Przez zespół przewinął się chociażby perkusista Kyuss- pionierów stoner rocka- co w ogóle było słychać w ich starszych nagraniach. 

 

Ten album to dziewięć utworów, na które składa się przekrój hitów z prawie całej dyskografii zespołu. Posłuchamy po jednym utworze z albumów „The action is go” (1997), „Eatin’ Dust” (1999), „King of the road” (2000), „California crossing” (2002), „Gigantoid” (2014), „Clone of the universe” (2018) oraz trzech z ostatniej studyjnej płyty „Return of tomorrow” (2024). Brzmi to świetnie i słychać, że podczas europejskiej trasy zespołu działo się, a przyjęcie ich przez publikę starego kontynentu było świetne. Utwory zostały ciekawie poukładane. Widać, że pomyśleli nad tym jak budować koncertowe napięcie i jak powoli, acz skutecznie rozwijać relacje ze zgromadzonymi słuchaczami. Nie jest to długaśna płyta, bo trwa zaledwie czterdzieści kilka minut, ale lubię ją, bo po założeniu słuchawek czuję się jakbym był na jednym z dużych festiwali i słuchał ich na żywca. Warto dodać, że to ich pierwsza płyta koncertowa po dwudziestu latach od czasu „Go for it…Live” z 2003 roku, a nagrywali ją nie tylko w ścisłej Europie, ale też w UK. Przyłożyli się do niej, a motoryka i czad są naprawdę nie do podrobienia.

 

Z wszystkich utworów trudno wymienić te, które najlepiej w mojej opinii płyną, ale chyba dwa, czyli „Dimension shifter” i „Hell on wheels” to moi ulubieńcy z tą swoją motoryką, dynamiką i ramonesowym tempem. Całość świetnie kończy „Saturn III”, który jest moim najchętniej słuchanym kawałkiem Fu Manchu ever.

 

Legendarny skater z Kaliforni Tony Hawk wymienia Fu Manchu w czołówce ulubionych zespołów. Mając na Jamowej ścianie skateboardowe decki, przynajmniej dzisiaj przyłączamy się do listy Tony’ego.

 

„The return of…live” to elegancki gatefold na splatterowym placku. Piękne wydanie!

Wracam często.

Słuchamy w Jamie!

 

Fu Manchu x Tony Hawk

wróć do listy wpisów