recenzja #442
RECENZJA #442
The Smashing Pumpkins- 4 Lp box „Mellon Collie and The Infinite Sadness” (Virgin Records) 2012
By Adam Szulc Barber luty 2026
Czteropłytowy box wielkiej chicagowskiej gwiazdy alternatywnego rocka The Smashing Pumpkins ukazał się w 2012 roku. Sama płyta została wydana siedemnaście lat wcześniej, a do mych rąk to piękne wydawnictwo trafiło dzięki klientowi Arkowi, który sprezentował mi je całkiem niedawno, bo na Dziewiątą Rocznicę Jamy.
The Smashing Pumpkins to wielki mainstreamowy zespół, który stał się nim trochę przypadkiem. Sądzę, że przede wszystkim za sprawą popularności muzyki grunge i jej trafienia na sceny, do rozgłośni oraz w kanały telewizyjne całego świata. Dzięki temu słuchacze, którzy na co dzień nie sięgali głębiej niż poprzez szeroko pojętą emisję RTV, mogli zacząć obcować z muzyką inną niż popowa papka.
Zainteresowanie grungem wzięło się stąd, tak twierdzą znawcy i historycy muzyki choć ja ich zdania nie podzielam, że na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych podobno w ogóle nie grało się już muzyki gitarowej. Grało się, grało i mogę z pamięci wymienić setki zespołów uprawiających wtedy szeroko pojętego rocka, indie, metalu czy hardcore punka. Jednak wieść gminna niesie, że się nie grało i w tej opowieści to grunge stał się wtedy jedynym spadkobiercą wszystkich światowych szarpidrutów. The Smashing Pumpkins głęboko wskoczył w nurt. Jednak ich grunge był bardzie ponury, emocjonalny i pokomplikowany jak współczesne związki na fejsbuku, lecz nie miał w sobie tej prymarnej punkowej wściekłości. Płyta „Mellon Collie and The Infinite Sadness” to- jak dla mnie- ich najważniejsze wydawnictwo z wszystkich.
Zapomniałem już jak to dobrze wszystko tu chodzi. Sądziłem, że muzycy zespołu od pierwszego taktu tytułowego utworu uraczą nas brudnym, garażowym brzmieniem. Jednak ich koncepcja jest inna. Tenże introdukcyjny i zarazem fortepianowy kawałek jest tylko wstępem do grubszej rozgrywki, w której ogólny koncept życia i śmierci przewija się poprzez wszystkie cztery płyty. No właśnie koncept w przypadku tego projektu to słowo klucz, bo ten komplet płyt jest właśnie konceptualnym projektem o narodzinach i przemijaniu właśnie. Piękne wydanie, które posiadam zawiera stickerowe malunki po części renesansowych mistrzów, a po części stylizowanych na takowe i popełnione przez artystę z Wisconsin Joihna Craiga.
Moje faworyty to trzy kawałki. „Bullet with butterfly wings”, „1979” i „Tonight, tonight”. Nie jestem może w tym jakoś specjalnie oryginalny, wszak u mnie to chyba najczęściej odtwarzane utwory z tego czteropaku, ale to te trzy właśnie wchodzą mi gładko pod powierzchnię zaczesanej grzywki i ryją rylcami poprzez niestandardowe podejście do rocka i takoż niestandardowe acz smutne melodie.
Ten dwudziestoośmioutworowy pomysł podoba mi się z każdą chwilą bardziej i bardziej. Po pierwsze idea rozmieszczenia utworów po cztery na pierwszą i trzy na drugą stronę na każdą z czterech płyt- matematyka! Po drugie kawałki pędzą jak czterokołowa karoca równo rozmieszczonymi hitami po każdym z albumów. Po trzecie wydanie tego kąska jest tak jak lubię absolutnym strzałem w dopracowanie detali, szczególików i drobiażdżków. Po czwarte i powtórzę to, przypomniałem sobie jakie to wszystko jest tu ładne i jaki ma sens…
Arkowi dziękuję za prezent, a my…
…słuchamy w Jamie!
The Smashing Pumpkins x Durabo