recenzja #447
RECENZJA #447
The Hotelier- DBL Lp „Goodness” (Tiny Engines Records) 2015
By Adam Szulc Barber marzec 2026
Niektóre z płyt trafiają do mnie zupełnie przypadkowo i zostają na przysłowiowej playliście na stałe. Tak jest z The Hotelier z Massachusetts ze wschodniego wybrzeża USA. Mimo, że lubię ten typ grania, czyli emo core w starym stylu lat dziewięćdziesiątych, to jakoś ominęła mnie przyjemność wcześniejszego poznania tego zespołu. Pracując jednak nad serialem „Barberska Dekada” długo przebywałem z naszym reżyserem Grzegorzem Czyżem i to dzięki niemu i naszym wielogodzinnym rozmowom o muzyce, trafiłem na tę pozycję.
Th Hotelier ma już swoją pozycję w świecie indie rockowego łupania, ale nie moim zamysłem będzie wyliczanie ich zasług dla muzyki czy ilości nagranych i wydanych płyt. Wręcz przeciwnie, zajmę się konkretnie tylko tym jednym albumem, który dostałem od Grzegorza i który to album trafił w me gusta, a w Jamowej przestrzeni można go często usłyszeć.
Krótkie przegadane intro i wchodzimy na obroty. Pierwszy numer jest świetny. To „Goodness, part 2”, który w zasadzie ustawia tempo i dynamikę całego albumu. Właśnie te dwa słowa: tempo i dynamika są kluczowe dla dalszych rozważań o muzyce The Hotelier, bo ich siła tkwi w emocjach i motoryce nawzajem przepychających się między sobą. Nie na darmo rodzaj muzyki przez nich wykonywany to skrót pierwszego członu od emotional.
Troszkę niedbale wyśpiewywane frazy przez wokalistę są pięknie akompaniowane przez resztę członków zespołu, bo wszystko ma tu jakiś taki podskórny sens. Na bazie lekkiego niepokoju, ale też dużych pokładów radości The Hotelier zbudowali cały album. Ta płyta niesamowicie niesie. Utwór za utworem daje gargantuiczną dawkę pozytywnej energii i przypomina mi znowu o tych pierwszych emo bandach zwanych też college rockiem. Tak nawiasem mówiąc, to niesamowity fenomen na skalę światową, że w amerykańskich szkołach uczniowie mogą swobodnie grać ulubioną muzykę, a w swych podpiwniczonych na całej powierzchni domach mają próby, co trochę wyjaśnia ilość i jakość zespołów w tym kraju. Zresztą a propos tematu to niedawno od Dennisa z Refused dowiedzieliśmy się, że w Szwecji jest podobny szeroki dostęp do sprzętu grającego dla młodzieży.
Wracając do płyty „Goodness” to słucham jej z ogromną przyjemnością. Takie rockowe kawałki jak „Two deliverances” w klimatach Soul Asylum to duże przeboje i gdyby MTV jak niegdyś grała muzykę rockową, to ten numer byłby tam częstym gościem. W ogóle te nagrania kojarzą mi się, pospołu z rockowiznami sprzed trzydziestu laty i nowymi grupami lekkiego post punka z Nowej Anglii jak A Will Away czy Have Mercy (oba recenzowane już u nas). Są długie, troszkę w manierze Jets To Brazil, i ładnie komponowane i aż dziwię się, że nie wydała ich wytwórnia Jade Tree Records. Dwadzieścia parę lat temu byłby to zupełnie naturalny wybór.
„End of reel” wieńczy płytę piękną opowieścią balladowo-indie rockową. Naprawdę wyśmienity album.
„Goodness” w sumie został wydany dziesięć lat temu, ale warto odnajdywać takie perełki.
Mój egzemplarz w rozkładówce i na dwóch plackach- czerwonym oraz granatowym.
Mimo lekko kontrowersyjnej okładki, pozamazywanej tu i ówdzie w streamingach (chociaż okładkowe zdjęcie pokazujące roznegliżowanych, acz zadowolonych z życia starszych ludzi jest totalnie pozytywne w swym przekazie), my słuchamy w Jamie!