recenzja #451

dodano: 20 marca 2026

RECENZJA #451

Nasty- 12” „Black my heart” (Triple B Records) 2025

By Adam Szulc Barber marzec 2026

 

Aktualnie rezydujący w Paryżu, a pochodzący z Belgii i posiadający w składzie także Niemców, zespół Nasty to instytucja istniejąca od 2004 roku. Ich ostatnie nagrania to epka z ubiegłego roku, w której sześć ciosów szybkich jak TGV, mocarnych jak francuscy policjanci z seriali i dynamicznych jak algierscy kibice na Stade de France wbijają się w czaszkę niczym zbłąkana kula w podparyskiej dzielnicy.

 

Po wielu trasach w Europie i nie tylko, w tym ze swoimi ziomalami z Terror (m.in. świetny gig w Poznaniu), ale też Hatebreed, Madball czy Lionheart stali się symbolem europejskiego hardcorowego metal breakdownu. Ich styl muzyczny jest wypadkową właśnie tych zespołów. Mamy więc tu amerykański ostry sos na metalowym rosole, z hardcorową podpałką i miejskimi problemami, które urosły tu do rangi społecznego zamętu.

 

“Black my heart” uderza mocno. W zasadzie ta epka jest kwintesencją tego czym Nasty jest. Bez obcyndalania jest to hardcorowy konkret, w którym warstwa tekstowa jest tym co na co dzień dzieje się w głowach lub najbliższej okolicy członków zespołu. Co by tu dużo nie mówić, mieszkanie w Paryżu w tych czasach musi być zapewne nacechowane dużą dawką odwagi albo umiejętnością przystosowania się. Nasty krzyczy o złym świecie i ulicy, ale z perspektywy tych, którzy widzą codzienną dilerkę, małolatów zamieszanych w problemy, ostro reagującą policję i marokańsko-algierski sznyt, gdzie wszystkie te elementy razem zmieniają tę piękną stolicę w niebezpieczną krainę.

 

Jak pisałem wyżej „Black my heart” to sześć utworów, choć zamykające „Outro” jest krótką klamrą spinającą całość, ale te pięć pierwszych to siła i moc hardcorowej wścieklizny. Świetne brzmienie, doskonała produkcja, wszystko jak trza poukładane od A do Zet i ten wokal na pełnym wkurzu, któremu nie podchodź w circle pit, bo może się to skończyć pociągnięciem z główki.

 

Jak to w hardcorowym środowisku bywa, pojawiły się tu zacne kolaboracje. W utworze „Iron grip” gościnnie udział wzięli koledzy z Terror, a w „Talk” ekipa z metalowego Paleface Swiss.

Płyta świetna, groźna, szybka, dynamiczna i zadziorna jak cholera.

Czekam na kolejny duży album i następny gig w Poznaniu.

Słuchamy w Jamie!

wróć do listy wpisów