recenzja #452

dodano: 25 marca 2026

RECENZJA #452

Stikky- Lp „Where’s my lunchpail?” (Sound Pollution Records) 1988/1996

By Adam Szulc Barber marzec 2026

 

Oj, jakie to dobre!

To była jedna z moich najulubieńszych płyt hardcorowego gatunku lat osiemdziesiątych. Szybkość, wigor, humor, lekkość, jazda bez trzymanki i wciąż punkowo-hardcorowe korzenie. Kakofonia ze śmiechem na ustach? Można by to tak określić.

 

Tak się w sumie wtedy grało. Szybko, nawet bardzo szybko, bezpretensjonalnie, na luzie, w obciętych kolorowych gaciach i z krótkimi potarganymi włosami. Było takich wtedy więcej. Stark Raving Mad, Spazztic Blurr, Pissed Happy Children, Pillsbury HardCore, Half Off, Neos, Lärm, Neon Christ, Zero Defex, single Agnostic Front i No For An Answer oraz kupa innych. Te nazwy zawsze robią wrażenie, bo to czołówka speedu w tamtym czasie, ale nawet nasza Hacesja wzorowała się na płycie „Where’s my lunchpail?”. Nikt nie potrafił jednak zagrać tak samo i zrobić tego z takim polotem, wdziękiem i luzem jak kalifornijskie Stikky.

 

Bracia Wilder (perkusja i gitara) oraz człowiek-instytucja, chyba najbardziej zasłużony jak chodzi o szybkie granie w hardcorowej konwencji- Chris Dodge stworzyli rzecz niezwykłą, nawet jak na hardcorowe standardy. Specyficzny jazgot gitary, melodyjny basior, najszybsza perka świata, szalone solówki, dzikie woxy całej trójki popaprańców i pokręcone flow całości. Wyżej wymienione zespoły wszystkie razem plus vibe od Sockeye może byłyby w stanie dorównać jednemu Stikky. Pierwszy raz usłyszałem ich w audycji nieocenionego Tomasza Ryłko. Od tego momentu utwór „This is rockandroll” stał się hymnem naszej osiedlowej bandy rozczochrańców.

 

Ten album był kamieniem milowym w hardcorowej scenie. Nie do końca docenionym, bo śmieszkowanie w scenie nie było nigdy dobrze postrzegane, bo jak wiemy łatwiej stroić marsowe miny niż opowiadać o poważnych sprawach z przymrużeniem oka. Wtedy do kogoś takiego przylgnie miano błazna, a z tego to się potem trudno wywinąć. 

 

Jakkolwiek ta płyta jest genialna. Dwadzieścia trzy utwory w pół godziny, zabawna okładka i ogrom hitów z jajcarskimi tekstami. Trafiło to w środek mojego serca. Nieprawdopodobne tempo, genialny perkusista, świetne brzmienie, dziwaczne wokale i pokręcone teksty z niezrozumiałymi dla nas frazami codziennego slangu, mowy potocznej, gry słów i zmiany ich pisowni oraz znaczenia. Sama nazwa Stikky powinna być napisana Sticky, bo to coś lepkiego. Jednak panowie wszystek obracają w żart, a najbardziej siebie samych, rodziców, szkołę, scenę, punk rocka i kto by tam jeszcze przyszedł im na myśl.

 

Zawsze chciałem bardzo ich zobaczyć na żywo. Płyta była niedostępna, bo wyprzedała się szybko, a wytwórnia Lookout Records, która ich pierwotnie wydała nie współpracowała z gołowąsami z Europy na zasadzie wymiany. Nie było łatwo to dostać, ale dość szybko jakiś mój zagraniczny penpal nagrał na kasetę ten album i katowałem go wszędzie znając na pamięć każde wejście, każde przejście oraz każdy śmiech i podziwiając wigor tych Amerykanów. Jak ja chciałem tam wtedy mieszkać!

Z tyłu okładki zdjęcie fryzur wzięte z jakiegoś barberskiego katalogu. Flat Top i Yuppie Style z dopiskiem: „wszystko czego oczekujesz”. Bang!

Mój egzemplarz to reedycja z 1998 roku wydana wtedy przez ś.p. wytwórnię Sound Pollution Records z Kentucky.

Ważna płyta.

Słuchamy w Jamie!

 

Lookout Records x 924 Gilman x Durabo

wróć do listy wpisów