recenzja #454

dodano: 31 marca 2026

RECENZJA #454

Ash Return- Lp „Defy and conquer” (Surrender Denied Records) 2025

By Adam Szulc Barber marzec 2026

 

„Ash return” to popularny utwór kalifornijskiego Ignite. W scenie hardcorowej nazywanie zespołu od tytułu kawałka lub płyty innego zespołu jest pewną tradycją, ale też oddaniem hołdu, szacunkiem dla starszych kolegów i działaniem kontynuacyjnym.

 

Tu mamy chłopaków z legendarnego Miozän, którzy po rozpadzie macierzystej formacji i dołożeniu kolegów z innych kapel założyli Ash Return i z powodzeniem grają zmieniając na dobre oblicze niemieckiego hardcore’a. Początkowo łączyli mocno hardcore z heavy metalem. Powstała przy tym niepokojąca hybryda zwana przez krytyków muzycznych Swordmetalem. Nie byłem tego fanem, bo jak tam zwał tak tam zwał, ale śpiewanie o białogłowach i rycerzach nie jest dla mnie. 

 

Ich drugi album „Defy and conquer” trafił do mnie bardzo mocno. To jedenaście soczystych hardcorowych kompozycji w manierze In Your Face pędzą bez obcyndalania się, ale z teutońską precyzją. To jest to co zaserwował nam Ash Return w nowej odsłonie.

 

Nie oszukujmy się, Niemcy nie mają tego polotu co Amerykanie, a ich granie jest bardziej zerojedynkowe i rzemieślnicze. Jednakże Ash Return bardzo, ale to bardzo się starają, żeby zmiękczyć tę machinę i dać jej trochę więcej serca i wiatru w żagle. Udaje im się to i mimo tego, że czasem słychać jakby to był melodyjny Ryker’s, to dobrze słucha się tej płyty. Dobra produkcja, wszystko brzmi jak trzeba, a riffy, perka, chórki i szlagworty przeniesione z amerykańskich tuzów bronią się. Jest to troszkę kalka wszystkich zespołów, które lubią członkowie Ash Return, bo nie trzeba być specjalnie uważnym słuchaczem, żeby wyłapać wpływy Ignite, Gorilla Biscuits, Madball, Crumbsuckers, Terror i Agnostic Front. Jak już jednak wspomniałem wcześniej, jest to porządnie skonstruowany album i słucham go z przyjemnością. W takich utworach jak „Everyday” silą się na inwencję własną i kombinują zawzięcie, żeby te kawałki były bardziej ich niż tamtych. Używają takiego fajnego gitarowego smaczku, który ciekawie urozmaica mocny madballowy sznyt. Utwory są dobrze przemieszane i nie męczą. Raz dostajemy szybkościowca („Lie in the mirror”), potem oiowy smaczek („Buried solutions”), a za chwilę „False Heroes” udające kalifornijskie granie. Wszystko to jest przyzwoicie skomponowane, tak, że nie sposób się do niczego przyczepić. Nadaliby się na Persistence Tour, gdyby jeszcze istniał…

 

A końcówka w postaci „The slave” petarda.

Jest tu szybko, sprawnie, dynamicznie i do przodu. Trochę przypominają mi starą Schizmę, która też czerpała z wpływów zachodnich budując przy tym swoją tożsamość. Jednakże tutaj przy zawziętym tempie, gitary nie męczą się, a perkusja mimo rzucania kilogramów pyr na centralę nie dławi tej muzyki. A propos perkusista jest jednak bardzo mocnym elementem tego zespołu, widać, że facet myśli, ciężko pracuje i jest prawdziwym kręgosłupem zespołu.

 

Ash Return to solidny hardcore rodem z Walsrone z Dolnej Saksonii, który mam nadzieję zobaczyć gdzieś na żywo. Będę się im przyglądał, bo ten drugi album udowodnił, że wciąż mają parę i że im się chce. Słychać też, że inspirują się również zespołami z własnego podwórka. W ich muzyce słychać wpływy między innymi wspomnianych już wyżej Miozän i Ryker’s, ale także Proof, Prophecy of Rage czy nawet Troopers.

Świetny album!

Słuchamy w Jamie!

 

CoreTex x Ash Return x Durabo

wróć do listy wpisów