recenzja #458
RECENZJA #458
Saetia- 12” „Tendrils” (NHH Records) 2025
By Adam Szulc Barber kwiecień 2026
Kto przed laty lubił zespół Saetia i klimat screemo lat dziewięćdziesiątych ten polubi te epkę. Co prawda dostajemy tu od nich tylko trzy utwory, ale za to są konkretne i treściwe, a winyl jest jednostronny i ładnie wydany.
Saetia to stara ekipa, zasłużona na rynku noisowego i krzykliwego emo. Pochodzą z Nowego Jorku i mimo, że ćwierć wieku z okładem temu stali się ikoną, a może nawet legendą stylu, nie mają na koncie wielu nagrań, a to co się od nich ukazuje wydaje się być bardziej okazjonalnie niż na serio granie na co dzień. Jakkolwiek nowa 12” „Tendrils” bardzo mi wchodzi, bo z jednej strony przypomina mi stare dzieje, czyli grzebie się w historii muzyki, a z drugiej szuka jednak jakiś nowych wymiarów, a horyzont u nich jest bardzo, ale to bardzo daleko wyrzucony poza nawias- prawie, że w niedościgniony niebyt.
Płytkę otwiera utwór tytułowy, który od razu daje do pieca wrzaskliwym woksem, który jednak próbuje łapać jakieś melodie. Mocno na przodzie jest perkusja i to jest w tych nagraniach charakterystyczne i za to ich lubię. Każde uderzenie pałeczką w cokolwiek jest dobrze słyszalne i selektywne i mimo, że nie jest to granie jazzowe, to jakość i gęstość gry sprawiają, że mamy tu lekko hałaśliwą, ale dobrze zharmonizowaną kakofonię. Gitary ścigają się między sobą, a bas to wszystko łagodzi i kontrastuje. W ogóle góry i doły równoważą się w tym nagraniu tworząc, co by nie mówić, jednak wspólny porządek rzeczy. Naprawdę jest to bardzo fajne!
Po nim dostajemy „Three faces past”, który klimatycznie znowu przenosi nas do połowy lat dziewięćdziesiątych i chorobliwie klimatycznych zespołów w typie Botch i NineIronSpitFire. Ten utwór jest najbardziej starodawny, choć połamane rytmy są zawsze trudne i niełatwe do odsłuchu kojarząc się najbardziej z modernym graniem. Zatem znowu mamy łączniki stare z nowym. Wszystko to po to by przejść do grande finale w postaci kawałka „Corkscrew spine”. Tu to się dopiero dzieje! Stare z nowym, przeszłość z przyszłością i historia z wizjonerstwem. Słucham tego utworu najczęściej, a na słuchawkach to w ogóle jest jakiś dziki ogień w żyłach. Możliwe, że jest to wzorzec metra przyszłej hardcorowej muzyki, gdzie poszukiwania nowych kosmosów dzieją się naprawdę. Tu przypominają mi trochę genialny album „Heavy pendulum” Cave In z Massachusetts recenzowany u nas też ze trzy lata temu z kawałkiem.
Niby krótka ta płytka, ale co by nie mówić trwa dobre dwanaście minut i daje apetyt na więcej.
To co będzie więcej?
Słuchamy w Jamie!