recenzja #460

dodano: 14 kwietnia 2026

RECENZJA #460

Lionheart- Lp „Valley of death II” (Arising Empire) 2026

By Adam Szulc Barber kwiecień 2026

 

Wielki Lionheart powraca z kolejnym albumem. Jak dotychczas, tak i teraz trzymają się sprawdzonej konwencji ciężkiego metalicznego hardcore’a opartego na lekko hiphopowym rosole. Mam momentami wrażenie, że to wszystko już u nich słyszałem, bo pomysły są bardzo podobne do wcześniejszych rozwiązań. Jednakże dwóch rzeczy nie sposób im odmówić, a mianowicie wybitnej produkcji połączonej z mega dynamiką i oryginalnością w scenie metal/hardcore. Lionheart jest rozpoznawalny od pierwszego beatu, wyjątkowego riffu, mistrzostwa realizacji nagrań czy specyficznego ni to deklamu, ni to krzyku, ni to growlu wokalisty Roba Watsona.

 

Ta płyta przekracza ich własne granice brutalności, ciężkości i ponurej opowieści o ponurej okolicy. Wojna na dzielnicy, to jest najtrafniejsze określenie tego co tu się dzieje. Muzycznie i tekstowo. Gangusy, złote pingle, szerokie portki, pięćdziesięciocentymetrowe bicki i wielkie sikory kontra policmajstry i wszelakie to co powiązanie z państwem albo drużyna ubrana w innego koloru drelichy. Struktury podziemne? Chyba już bardziej naziemne, ale na pewno eksterytorialne. Zła historia i bez kija tam nie wchodź, a jak już to na własną odpowiedzialność. Może trochę przesadzam, ale taki jest ogólny wydźwięk tego albumu. Nuta trochę się tu dzieje jakby zmieszać najmocniejszy Hatebreed z …Limp Bizkit. Tak, tak dobrze słyszycie, bo ten drugi wybrzmiewa w kontrastach, a ten pierwszy w ciężarze, hardcorowej manierze i niezliczonych breakdownach.

 

Te dziesięć kawałków to jak dziesięć podłożonych bomb. Od pierwszego numeru- zresztą pod znamiennym tytułem „Bulletproof” - przenosimy się bezpośrednio na ulice dużych kalifornijskich miast i doświadczamy tego, jak to powiedział Roger Miret podczas ostatniego koncertu w Berlinie: „…this is not a social media bullshit, this is a real life”.

 

„Valley of death II” to świetna płyta z dodatkowymi kooperacjami od mocnych zawodników z hardcorowej branży. Około drugiej minuty drugiego utworu pojawia się Matt Honeycutt wokalista teksańskiego potwora Kublai Khan. Wydarł się tu nisko acz nieziemsko, a jego maniera jest niepodrabialna. Dzieło wieńczy „Death grip”, ach te policyjne syreny, wybuchy, kosmiczne mid tempo i ta druga gitara na tyłach aaarrrgghhh!!! Tu też mamy kooperację i pojawia się w niej nie kto inny jak Kevin Skaff z A Day To Remember z Florydy.

 

Po dziesięciu przesłuchach, mimo pewnej przewidywalności, ostatecznie całość petarda! Jedna z płyt roku.

Mój placek czarno-niebieski.

Słuchamy w Jamie! 

 

CoreTex x Arising Empire x LIONHEART OFFICIAL x Kublai Khan TX x A Day To Remember

wróć do listy wpisów