recenzja #463

dodano: 05 maja 2026

RECENZJA #463

Defecation- Lp „Purity dilution” (Nuclear Blast Records) 1989

By Adam Szulc Barber maj 2026

 

Defecation, piękna historia.

W tamtym czasie grało tu dwóch moich ulubionych muzyków z dwóch ulubionych kapel. Mick Harris- garowy z almighty Napalm Death oraz Mitch Harris, sześciostrunowiec z Righteous Pigs. Połączyło ich nazwisko, podobne imię oraz zamiłowanie do ekstremalnego grania. W wymyśleniu projektu, nagraniu i wydaniu go przez teutoński Nuclear Blast Records nie przeszkodziła odległość, wszak dzielił ich Atlantyki i cała Ameryka. Mick pochodził z Birmingham w Zjednoczonym Królestwie, a Mitch z Las Vegas z USA.

 

Defecation to zasadzie jednopłytowy projekt tych dwóch muzyków (co prawda w 2003 roku Mitch wznowił projekt na album „Intention surpassed”, ale już bez Micka), który przyniósł nie tylko świetne nagrania z gatunku grindcorowego death metalu, ale przede wszystkim na wiele lat połączył amerykańskiego Harrisa z angielskimi wymiataczami. W roku wydania „Purity dilution” został on bowiem członkiem Napalm Death. Karierę z nimi rozpoczął od płyty „Harmony corruption” i grał tam aż do odejścia do roku 2014.

 

Recenzowana tu „Purity dilution” to znak czasu. Pamiętamy z niego takie kapele jak Pungent Stench, Disharmonic Orchestra, Carcass, Fear of God, Unseen Terror, Sore Throat, Agathocles i setki innych, w tym sporą reprezentację rodzimych grindomaniaków. To był złoty okres grind core’a, przekraczania muzycznych granic, wyścigów perkusistów, growlowania na zdartym gardle, garażowej młócki co rusz nagrywanej na kolejne demosy oraz inspiracji Freedym Kruegerem, filmami klasy B, a nawet C, zimną wojną i grafikami wybuchów atomowych. To także czas łączenia hardcore’a i metalu na różnych polach muzycznego spektrum. Panowie Harris byli z tego jądra, a ich oba regularne zespoły naszywkami wisiały na katanach co drugiego fana gatunku. Defecation po prostu musiało powstać i dobrze, że powstało, bo recenzowana tu płyta jest świetna. Ważna historia pewnej odnogi ekstremum punkowo-metalowej nawalanki.

 

„Purity dilution” zawiera wszystko co powinna mieć taka płyta. Jest świetny skład, piwniczny sound, zapitalająca perka, surowe teksty, długie tytuły („Live on the planet earth is fucken cancerous” to też z wtedy!) i to permanentne mruganie okiem do słuchacza, bo specyficzne poczucie humoru, wbrew temu co mogłoby się wydawać, obowiązywało wtedy w kanonie.

Wszystkie dwanaście numerów jest utrzymanych w konwencji crustowego, hardcorowego metalu końcówki lat osiemdziesiątych. Typowa dla bębniarza Napalmów gra miesza się tu z kombinacją i perfekcją amerykańskich sztuczek gitarowych Mitcha, choć brzmieniowo i inspiracyjnie to wszystko kręci się wokół ówcześnie najbardziej inspirujących płyt, rzecz jasna w obrębie pewnej sfory słuchaczy. Mam na myśli „Scum”, „War crimes”, „Scream bloody gore” i „Holocaust in your head”. Kto zna ten wie kto za tym wszystkim stoi. Sądzę, że takie patenty jak w utworze „Mutual trust” wykorzystali dużo później w genialnym napalmowym kawałku „When all is said and gone”. Jednak jak pisałem wcześniej oprócz ostrego grzania albo inaczej wraz z ostrym grzaniem duet Defecation dokłada utwory, które oscylują w okolicach innych śmieszków epoki, a mianowicie Spazztic Blurr. Może nawet momentami odrobinę celują w kalifornijskich kabareciarzy ze Stikky? Jakkolwiek takie numery jak troszkę zabawowy „Focus” kapinkę odbiegają od całości, co nie znaczy, że są diametralnie inne. Co to to nie. Defecation jest konsekwentne w umiłowaniu szukania nowego za kolejnymi drzwiami z napisem: „Będzie głośno, krótko, surowo i szybko” i to robi. Bo tu jest głośno, krótko, surowo i szybko. Garażowa muza pełna dynamiki, odbiegania od standardów z porządnymi riffami i rzemieślniczą perką na wysokich obrotach. Cóż chcieć więcej? Tym albumem też inspirowała się moja Hacesja.

 

Na froncie okładki przyklejona jest przez wytwórnię nalepka, na której znajduje się ilustracja ponurego żniwiarza z napisem „This is a total master holocaust head erruption”. Nic dodać, nic ująć.

 

U mnie oryginał na czarnym placuchu.

Całość jest piękna i jak zrobię kiedyś najlepszą pięćdziesiątkę ever to „Purity dilution” na pewno tam trafi.

Słuchamy w Jamie!

 

Nuclear Blast x Napalm Death x Durabo

wróć do listy wpisów