recenzja #467
RECENZJA #467
Strain– Lp „Here and now” (New Age Records) 1996
Strain- Lp „Here and now” (Devarishi Records) 2025
By Adam Szulc Barber maj 2026
Gdybym miał zrobić ranking dwudziestu najważniejszych new school płyt z gatunku straight edge hardcore to kanadyjski Strain znalazłby się w jego czołówce. To zespół totalnie prawdziwy, zaangażowany w scenę straight edge i z kilku względów wyjątkowy. Ich maniera gry, w dobrym tego słowa znaczeniu, wyznaczała nowy kierunek w hardcorowym graniu. Mieszanka starej i nowej szkoły z nowoczesnymi riffami plus nieziemski wokal Jody Taylora pokazały, że hardcore połowy lat dziewięćdziesiątych wciąż mógł być świeży i dawać nadzieję, że tradycyjny zestaw instrumentów ma sens.
W tamtym czasie dzięki ekipie berlińskiego Coretexu- jeszcze wtedy Fun Records- zostałem oficjalnym dystrybutorem kalifornijskiej wytwórni New Age Records na Polskę. Strain z Vancouver z płytą „Here and now” był w czołówce ich najlepiej sprzedających się albumów, a egzemplarz pierwszego pressu mam do dziś i raz na jakiś czas sentymentalnie odpalam. Bo to była porządna płyta. Typowa dla gatunku, ale z wyjątkowym ciężarem, świetnym wokalem, niskim strojem gitar i niesamowitym perkusyjnym vibem. Jedenaście numerów koncepcyjnie wbija się pod czaszkę, a ich siła do dziś ma ogromne pole rażenia. Po ponownym przesłuchaniu przypomniałem sobie dwa ich koncerty, kolejno w Głogowie i Warszawie w 1996 roku. Potęga brzmienia, hardcorowy flow i serdeczność normalnych ludzi- cały Strain…
„Here and now” była oczekiwana przez hardcorowy światek. O Kanadyjczykach mówiło się już dość głośno, a rok przed wydaniem tego albumu byli w Europie i stali się bardzo rozpoznawalni wśród straightedgeowej gawiedzi. Rok później, gdy byli- jak już pisałem wyżej- nawet u nas, mieli status dużego zespołu zza oceanu. Co prawda było to młode pokolenie muzyków, ale grali jak ta lala.
Płyta w naszych kręgach jest kultowa. Zawiera wszystko to czym wtedy był straight edge hardcore i otworzyła nas na kanadyjski rynek. Poza D.O.A., Chokehold, NoMeansNo, Sons Of Ishmael i SNFU niewielu było silnych i rozpoznawalnych zawodników stamtąd. Strain pięknie wpisał się w kontynuację.
Moje faworyty to tytułowy i zarazem otwierający album numer, który ustawia nas do pionu od pierwszych sekund po króciutkim intro- bang i do przodu! „Torn away”, który jako jedyny został nagrany w innej sesji i słychać w nim taką prymarną surowość oraz zamykający płytę „Driven” z pięknym początkowym balladowym pogłosem i potężnym kontrastem młodzieżowej rewolty- miód!
Bardzo się cieszę z tego drugiego wydania przez wytwórnię Devarishi Records, bo po nowym masteringu wykonanym we Włoszech te nagrania brzmią jeszcze bardziej dynamicznie. Samo wydanie, jak na tak ważną płytę lat dziewięćdziesiątych mogłoby być lepsze. Kolejny raz już się tego nie zrobi, a brakuje tu historii zespołu, tłustej wkładki ze zdjęciami i flyerami czy plakatami z koncertów, ale przede wszystkim brakuje opowieści o wokaliście Jody Taylorze, który zmarł w marcu 2016 roku w wyniku spadającego nań drzewa. Był drwalem…
Stary placek na czarnym, a nowy na białym.
Słuchamy w Jamie!
CoreTex x Devarishi Records x No Echo x New Age Records