recenzja #468
RECENZJA #468
Marilyn Manson- Lp „One assassination under God: Chapter 1” (Nuclear Blast Records) 2024
By Adam Szulc Barber maj 2026
Marilyn Manson jest niewątpliwie barwną osobistością i trochę takim kolorowym motylem sceny muzycznej. Jego wygląd budził kontrowersje ćwierć wieku, ale teraz gdy te granice przesunęły się dużo dalej, pozostał prekursorem, choć nie wywołuje już tych emocji co kiedyś. Podobnie jest z jego nową muzyką. O ile wcześniejsza płyta „We are chaos” z 2020 roku podobała mi się nawet bardzo, to ta sprzed dwóch lat jest jakąś pokraczną próbą podrobienia tamtej, wyjątkowej płyty.
Jednak nie strzępiłbym sobie jęzora, gdyby było wszystko nie tak. Na pewno na plus jest okładka, a dokładnie rysunek, który koresponduje z wcześniejszym albumem. Niestety kompozycje już niekoniecznie. Z drugiej strony trzeba powiedzieć sobie szczerze, że nie zawsze jest niedziela i nie zawsze nagrywa się albumy wybitne, a ten mimo wszystko ma jakieś tam swoje plusy. Jest może trochę nazbyt popowy i miękiszoński, a znamy jednak pana M.M. z drapieżności. Jednakże pewne mocniejsze uderzenia w starym stylu są. Co prawda skarlałe do granic pewnych intensywniejszych fragmentów jak w „No funeral without applause”, ale jednak są.
Inna sprawa, że zawsze wizerunek grał u niego dużą rolę, a teraz fakt jest też taki, że wybielona twarz mistrza ceremonii z jego czarnym włosiem i tatuażami, to bardziej stylówka dla dzisiejszych nastolatków, ale M.M. jest jaki jest i tyle.
Zatem jest tu godzina lekcyjna muzyki i jest różnie. Za dużo tu nowego szukania siebie i odgrzewania klimatów Ozzy Osbourne’a z czasów jego melodyjnych hitów. Wszystko tu takie trochę nijakie, ale jakoś po przesłuchaniu całości nie przeszkadza zanadto. Wiem, że zwrot „nie przeszkadza zanadto” nie jest dziesięciogwiazdkową rekomendacją w dużych magazynach dla artysty tej miary, ale co zrobić.
Pamiętam jego koncert w Poznaniu w Arenie w 2003 roku i mimo, że już kilka lat był po największych przebojach, to jednak było to naprawdę wejście z buta. W ogóle te pierwsze jego wyskoki to był szok dla mainstreamu, a teraz to raczej niestety maskotka dwunastolatki przy torebce.
Nie będę wracał do tej płyty bardzo często, ale tytuł sugeruje, że może pojawić się część druga. Czekam zatem.
Słuchamy w Jamie!