recenzja #469
RECENZJA #469
Melvins with Napalm Death- Lp „Savage imperial death march” (Ipecac Recording) 2026
By Adam Szulc Barber maj 2026
W sumie to zastanawiam się, dlaczego nie wpadło mi to wcześniej do głowy, że te dwie kapele pasują do siebie jak kula do rewolweru?
Melvins i Napalm Death- dwie wielkie legendy ekstremum spotkały się razem i nagrały wielki album pod wspólną nazwą- po prostu- Melvins with Napalm Death. Zbiór wspólny jest jednak obfitszy, bo oba zespoły istnieją po grubo ponad czterdzieści lat i oba przecierały szlaki wyznaczając kierunki w różnych gatunkach muzyki niezależnej. Poza tym nieprzerwanie istnieją i nagrywają, a po latach żaden z nich nie musi już nikomu niczego udowadniać.
Mój stosunek do Napalm Death od zawsze był czołobitny. Protoplaści blastów i prymitywnego grind core’a po latach odpłynęli w dalekie kierunki ambitnych awangardowych brzmień, które są totalne, a ich spotkanie z Melvins jest w pewnym sensie naturalną koleją rzeczy. Z kolei ci drudzy nigdy nie wchodzili zbyt głęboko w moje serce, a ich łączenie wrażliwości Black Flag, Black Sabbath i grunge ’a nie zdołało ocieplić gór lodowych mojego gustu muzycznego. Niemniej jednak doceniam karczowanie niełatwej puszczy niezalu po to by wydobyć z niej własną niezbadaną i nieprzechodzoną wcześniej ścieżkę. Jedni i drudzy są sobą i robią swoje nie oglądając się na innych. Za to szacun.
Te osiem utworów swą genezą sięga przynajmniej tamtego roku, kiedy ukazało się to to w wersjach CD i winyl, bez dwóch dodatkowych kawałków i z inną okładką. Jednakże to nowe wydanie jest pełne, obfite i oddające należną cześć obu kapelom.
Wszystko się tu zgadza.
Od iście bestialskiego składu, poprzez kopiącą prosto w oczy ilustrację, aż do ciężkiej jak mgła nad mrocznym Birmingham muzyki.
Dwa single w postaci „Tossing coins into the fountain of fuck” i „Rip the God” dały ogromny apetyt na resztę. Z niecierpliwością czekałem więc na nią i nie zawiodłem się ani krztyny. To co słyszymy na „Savage Death Imperial March” to, oprócz totalnego konceptu zbudowania własnego i niepowtarzalnego uniwersum, granie inne niż wszystkie. Połączenie obu zespołów i obu składów przenosi alternatywną muzykę w inny wymiar miksowania sludge’u, grind core’a, punk rocka i metalu. Pięciu panów. Dwóch z Melvins, a trzech z N.D.
Buzz i Barney na wokalach, Shane cztery struny, Dale zasiadł za beczkami, a John gra na gitarze. Wszystko się łączy i wbrew myślom, jakie mogą nas tam prowadzić są porządkiem rzeczy, a nie chaosem narodzin. Kompozycje są bardzo poukładane, a panowie wiedzą jak nie zepsuć gwiazdorskiego zestawu. Zatem piskliwy wokal Osbourne’a miesza się z grzmotem Barneya, bas Embury’ego jest bliski swansowym rozwiązaniom i tym wolnym numerom Napalmów z końcówek płyt, gitara Johna rozjeżdża się we wszystkie kierunki pływając jak po bezkresnym oceanie, a całość spina Dale Crover potężnie, acz z czuciem rąbiąc po naciągach.
Dwa w jednym. Wstrząśnięte nie zmieszane. Pierwotne, ale współczesne. Prymitywne, ale skomplikowane. Punkowe, ale odjeżdżające w kosmos. Surowe, ale z gorącą smołą wewnątrz.
Nie mam nic więcej do powiedzenia.
Dla mnie jeden z najciekawszych albumów roku.
Słuchamy w Jamie!
CoreTex x Napalm Death x Ipecac Recordings x (the) Melvins x Noise Magazine x Durabo