recenzja #479
RECENZJA #479
Modern Guilt- Lp „Mind the trap” (Refuse Records) 2026
By Adam Szulc Barber lipiec 2026
Kwadrans wystarczy?
Jak najbardziej!
Szwedzkiemu zespołowi Modern Guilt na ich debiutanckiej płycie właśnie tyle starczyło, żeby pozamiatać system. Mamy tu dziesięć kawałków po pięć na stronę i po półtora minuty sztuka. Wstęp, rozwinięcie, zwolnienie i zakończenie. Każda rozbiegówka wieszczy hardcorową jatkę, która nie pytana nadchodzi za każdym razem. Piękna płyta tych młodych chłopaków z Göteborga paradoksalnie świetnie odnajduje się we współczesnych czasach. Bo mimo tego, że przenosi nas o dobre czterdzieści lat z wąsem w odlegle rejony innego świata i innego hardcore’a, to twierdzę, że na „Mind the trap” historia zatoczyła koło i ta muzyka nie jest już tylko dla takich jak ja wychowanych na Negative FX, Negative Approach, Cro-Mags, SSD czy Youth Of Today. Wręcz przeciwnie, z racji tego, że teraz wszyscy muszą wszystko szybko i krótko, to Modern Guilt z racji węzłowatości i szybkiego przekazu jest właśnie dla młodych, którzy umieją w tiktoka i nie znają pisma tylko obrazki.
Słucham tych nagrań z ogromną przyjemnością. Duch hardcorowy jaki w nich drzemie jest raz za razem wybudzany kolejnym wybuchem wulkanu w postaci kolejnego grubszego rowka na winylu. To wszystko młodość, ale do tego mamy tu po kolei: mądre czerpanie z historii hardcore’a, ideologię Straight Edge, nieoglądanie się na kogokolwiek oraz muzykę, jaka nie jest łatwa do wybicia się w mainstream i komercyjny sukces, ale wszak im nie o to chodzi. Z jednej strony jest to oddanie hołdu w stronę starszych zawodników, a z drugiej po prostu chęć grania i wywalenia bebechów na wierzch. Proste i krótkie jak drut!
Utwory są dość różnorodne, ale trzeba się osłuchać, żeby powyłapywać smaczki i wątki. Zatem ci panowie grają ze smakiem dodając do swej muzyki jakieś gitarowe solóweczki i zmieniając w ciekawy, ale zaskakujący sposób tempa. Po kilku przesłuchach dla mnie rozwalający jest początek płyty z pierwszym utworem „Always” poprzedzonym introdukcyjną pogaduszką, potem otwierający drugą stronę „No peace” w podbitym po staremu rytmie i ostatni „Mighty”, który jest wściekłym manifestem, lecz nie w diabelskiej szybkości, ale w wolniejszej manierze, choć z powerem przewyższającym niejedną scenową formułę jeden.
W mojej opinii ich muzyka jest najbliższa wczesnej scenie bostońskiej, surowym kapelom z Detroit i straightedgeowej złości z połowy lat osiemdziesiątych z N.Y.C. Cymes!
Teksty proste i łatwo przyswajalne, ale bardzo osobiste i zawierające dużą dawkę własnych przemyśleń. Keep the PMA!
Ach, i te trzy iksy pięknie przedstawione i zamanifestowane na tylnej okładce, tak jak kiedyś proste, wyraźne i rzucające się w oczy niedowiarków trzy biale litery XXX na czerwonym tle.
Straight Edge.
Doskonały album.
Mój placek na pomarańczu.
Słuchamy w Jamie!
Refuse Records x Warsaw Pact Records