recenzja #482

dodano: 28 lipca 2026

RECENZJA #482

Julien Baker & Torres- Lp „Send a prayer my way” (Matador Records) 2025

By Adam Szulc Barber lipiec 2026

 

To było równo pięć lat temu w lipcu 2021 roku, gdy recenzowałem płytę Julien Baker zatytułowaną „Little oblivions”. Pamiętam, że zrobiła na mnie wtedy duże wrażenie dojrzałością, nonkonformizmem i tym, że miała związki ze Straight Edge. Stała się dla mnie jedną z najważniejszych płyt tamtego roku. Kto chce sobie to przypomnieć tego zachęcam do recenzji #138. Tam też są bardziej szczegółowe informacje na temat małolęctwa wokalistki i jej związków z muzyką jako taką. Ja się dziś skupię na jej najnowszym albumie „Send a prayer my way”.

 

To dzieło wymyślone i nagrane do spółki z wokalistką/przyjaciółką niejaką Torres. O niej warto dwa słowa dopowiedzieć, ponieważ jej kariera jest na tyle podobna do tego co w życiu przydarzyło się pani Baker, że oczywistością było, że musiały się spotkać i coś razem nagrać. Torres również pochodzi z południa Stanów (Georgia), również wychowana była w mocno religijnej rodzinie i również wcześnie zaczęła grać i śpiewać. Szybko stała się popularna w indie rockowym środowisku, a jej wcześniejsze sześć płyt, przed tą opisywaną tutaj, łapały dobre recenzje i przyzwoicie się sprzedawały. 

 

Zatem panie Baker i Torres wystąpiły na jednej scenie w Chicago dekadę przed nagraniem „Send a prayer my way” i powiedziały sobie wtedy, że muszą wspólnie przygotować album z muzyką country. Ich wspólne dziedzictwo, podobne doświadczenia oraz maniera grania, komponowania i śpiewania uprawniają je do tego, żeby działać kooperacyjnie.

 

Dobrze się tego słucha, zwłaszcza jeśli ktoś lubi brak wielkomiejskiej zawieruchy i chce posłuchać naturalnych dźwięków w otoczeniu przyrody, to ten album jest z takimi emocjami skorelowany perfekcyjnie. Tych dwanaście niespiesznych utworów jest zbudowanych w amerykańskiej formule. Każdy numer jest złotem, a z winyla na słuchawkach to jest coś wspaniałego.

 

Muzyka country jest tu ewidentnie motywem przewodnim, ale nie jest to wesołkowata potupajka, tylko spojrzenie nowego pokolenia muzyków ze swoją wrażliwością, problemami, radościami i obserwacją świata jakim jest.

Na mój gust wyróżniają się tu trzy numery. Całkiem dynamiczny „Sugar in the tank”, przepiękny „Tape runs out” i wieńczący dzieło „Goodbye baby”, który jest zupełnie inny od reszty nagrań. On fajnie zamyka, bo przez pewne stereotypowe wyobrażenie o gatunku jest taki kapinkę bonanzowy i na pewno bardziej strawny dla takich jak ja, czyli europejskich fanów country & western.

 

Panie nagrały piękną, nastrojową i balladową płytę w klimacie południowych rytmów Tennessee granych w przydrożnych barach. Ta muzyka nie pędzi jak większość hardcorowych płyt, które tu recenzuję. Ona pełznie jak dym z ogniska we wczesnowiosenny wieczór na lokalnych mokradłach południowych Stanów. Potrzebowałem trochę więcej czasu, żeby się z nią dobrze zakolegować, bo szczerze powiedziawszy kupiłem tę płytę dość dawno, bo latem tamtego roku w sklepie muzycznym w Chicago. Ucieszyłem się, bo leżała na półce z nowościami i planowałem ją zrecenzować dość szybko, ale zanim zasiadłem do pierwszego przesłuchu to minęły chyba z cztery miesiące. Nie żałuję jednak, że dałem jej poleżakować. Teraz napawam się pierwszymi porannymi promykami słońca przy akompaniamencie skąpego instrumentarium, spokojnych zaśpiewów i pięknych kompozycji.

 

Panie odwołały swoje koncerty, które miały promować ten album ze względu na zdrowie Baker. Oby jak najszybciej udało jej się do niego wrócić, bo może uda mi się obie panie gdzieś przyuważyć live, a my słuchamy albumu w Jamie!

 

Julien Baker x Matador Records x Durabo x CoreTex x Reckless Records x Revelation Records x TORRES

wróć do listy wpisów