recenzja #483

dodano: 04 sierpnia 2026

RECENZJA #483

Denial Of Life- 12” „Witness the power” (Creator-Destructor Records) 2026

By Adam Szulc Barber sierpień 2026

 

Pierwszy odsłuch i szok! Co za fantastyczna płyta!

Te moje wyjazdy za ocean zawsze sprawiają, że nabędę coś lokalnego, a Denial Of Life to band z Tacoma pod Seattle w stanie Waszyngton. To dalekie rubieże Stanów- zresztą umówmy się, gdzie tam nie jest daleko- i ich północno-zachodni kres. Jakkolwiek tamta okolica słynie z dobrej muzyki, a Denial Of Life jako nowe pokolenie potwierdza tę tezę.

 

Sześć kawałków na tej winylowej epce od pierwszego tchnienia daje popalić. „Witness the power” to mocne combo oldschoolowego trashu, staromodnego death metalu, siarczystego hardcore’a, punkowego wigoru i porządnie rozegranych kawałków. 

 

Dwadzieścia minut crossoverowej nawałnicy rozpoczyna się od utworu tytułowego, który wolnym tempem zamiata podłogę, a zaraz po nim introdukcyjnie powolniacki „God’s favorite (Slave to the blade)”, który w swojej drugiej części przyspiesza do klimatów z „Kill ‘em all”, a wszystko po to by zakończyć go romantyczną balladą. Uff, dzieje się tu!  Jednak zespół nie daje nam nic odetchnąć i prawie bez przerwy następuje „Circle the drain”. Zaczyna go lekko hardcorowy wstęp troszkę w manierze Hatebreed na slayerowym rosole i w ogóle podoba mi się ten ich trashowy prymitywizm z początku lat osiemdziesiątych. Czerpią pełnymi garściami z klasyków gatunku. Wspomniane tu Metallica, Slayer czy jeszcze nie wspomniane, a słyszalne Wermacht i Nuclear Assault to crème de la crème tego gatunku muzyki i tamtych czasów. Zatem Denial Of Life ze swoją pesymistyczną nazwą trafia w samo serce desperacko-depresyjnych tekstów i muzyki sprzed czterdziestu laty. Tu warto dodać, że muzyka hardcore, punk, metal i pochodne napędzane były wtedy światową sytuacją, która delikatnie mówiąc była nie za ciekawa. Dość powiedzieć, że Czarnobyl, Afganistan, zbrojenia, ruskie pomruki, groźba wybuchu III wojny światowej przy akompaniamencie atomowych grzybków, walące się w gruzy sowiety i wiele innych podobnych historii sprzyjały pisaniu tekstów i muzyki przez skrajne zespoły niezależne.

 

Wygląda na to, że Denial Of Life też wkoło siebie widzi złe rzeczy, o których warto mówić i które mają wpływ na tworzenie, a wśród nich uzależnienie młodzieży od fentanylu, horrendalna bezdomność w dużych amerykańskich miastach czy ogromna linia podziału między ludźmi żyjącymi w tym samym społeczeństwie to pierwsze z brzegu.

 

Dla nas słuchaczy to dobrze, że artyści inspirują się tym co widzą na zewnątrz, są przez to bardziej twórczy. Dla świata pewnie to jest mniej sympatycznie, że takie sytuacje w ogóle mają miejsce…

 

Ale wróćmy do płyty „Witness the power”.

Warto wspomnieć, że na wokalu jest kobieta. Niejaka Brenna ciągnie ten zespół bardzo mocno silnym woksem w klimatach legendarnego Power Trip spotyka Walls Of Jericho, świetny tembr! Do tego gitary tną jak brzytwa, basior ładnie domyka kompozycje, a pełzająca perka ciężko zawija się wokół szyi. Ciekawy jest powermetalowy wstęp do „Love Sting”, który świetnie przeradza się w dynamiczny kawałek. Wszystko zamyka trashowy „Not the one” w świetnym półtempie dając nadzieję na kolejne dobre płyty tego zespołu. Ciekawym ich gdzieś na żywo, może tu ich złapię?

To będzie u mnie jedna z płyt roku. Petarda.

Posłuchamy w Jamie po powrocie z USA!

 

Revelation Records x CoreTex x Creator-Destructor Records x Reckless Records

wróć do listy wpisów