recenzja #487
RECENZJA #487
Neurosis- DBL Lp „An undying love for a burning world” (Neurot Recordings) 2026
By Adam Szulc Barber sierpień 2026
Trochę wody upłynęło od ostatniego salutu zespołu Neurosis. Jeśli dobrze liczę, to będzie to równo dziesięć lat od płyty „Fires within fires”. Dużo się przez ten czas działo w zespole, a ci, którzy się trochę interesują, to wiedzą, że od krótko przedkowidzia nie ma już w grupie Scotta Kelly’ego, a niedawno wokalnie dołączył Aaron Turner z Isis. Co by nie wieszać psów na reszcie, dodam tylko, że zespół pozbierał się po tych niechlubnych zdarzeniach z udziałem pierwszego z wyżej wymienionych i wydał kolejny pomnik promujący tym razem bezwarunkową i niemierzalną miłość jako panaceum na caly ten chory świat. „An undying love for a burning world” to właśnie ta, najnowsza propozycja supergrupy Neurosis.
Ja zakochałem się w ich muzyce dość późno, bo pierwsze płyty jakoś mnie nie pociągały, ale od 1996 roku i wydania „Through silver in blood” stałem się ich pierwszoligowym chuliganem. Dość powiedzieć, że od tamtego momentu regularnie wypatruję wieści muzycznych z obozu Neurosis, choć tych obyczajowych niekoniecznie.
Ten nowy album to osiem długich i monumentalnych kawałków introdukcyjnie rozpoczynających podróż w głąb ponownych narodzin zespołu wykrzyczanym manifestem „We are torn wide open” i przypominającym mi o pierwszej płycie Inkwizycji i wydzierającym się na niej ExPercie.
Reszta to powolny, majestatyczny, emocjonalny koncept, który wymyka się jasnym opisom gatunkowych filozofów. No bo co to za info, że Neurosis gra post metal, albo sludge, że to stary punk i apocalyptic core, czy co tam jeszcze i że to wszystko zmerdane razem w jeden kocioł czarownika mieszkającego w lesie w północnym Idaho?
Neurosis to Neurosis, a ich muzyka zawsze ewoluowała, a teraz tym bardziej wciąż płynie w odlegle galaktyki niezalu, który przyjmuje zagubione dzieci na samych krańcach czarnej muzycznej dziury.
Mamy tu potężne uderzenia zbudowane na dużych kontrastach. Mamy ryk i mamy śpiew, mamy grzecznie i niespokojnie, jest cicho i głośno, a pojedyncze dźwięki atakują na przemian z ich lawiną. Zespół niespiesznie przechodzi do meritum, które wcale nie jest punktem kulminacyjnym jednostkowego utworu. Oni jakby budują potęgę emocjami i wrażeniami, które pojawiają się znienacka. Jest to patent już znany z wcześniejszych dokonań grupy, a ja właśnie za tę nieoczywistość, pewną muzyczną chorobę umysłową przenoszącą nas dzięki temu w nieznane i dość ciemne uniwersum tajemnej przestrzeni, pokochałem ten zespół. Ten swoisty konglomerat indywidualizmu, konceptualizmu, alienacji i muzycznego geniuszu na pograniczu szaleństwa wpasował się w moje nieogolone fałdy, a utwory po dziewięć, dziesięć czy szesnaście minut nie straszą, a wręcz przeciwnie robią mi robotę.
Ćwierć wieku temu byłem na ich koncercie w Poznaniu i wyszedłem zmiażdżony. Słuchając tych nagrań przypomniałem sobie tamte odczucia, ale też to co mi wtedy chodziło po głowie przy porównywaniu kogoś do kogoś. Bo gdyby pokusić się o jakieś porównania, to ja widzę cały czas jeden zespół, który na pewno jest ich wyjściową inspiracją aż do dziś. To Amebix z Bristolu i nic więcej do powiedzenia.
Świetny nowy album na dwóch splatterowych zielonkawo-seledynowych winylach.
Pierwsza liga w roku 2026.
Słuchamy w Jamie!
Neurot Recordings x Neurosis x Amebix NGNM