recenzja #493
RECENZJA #493
P.T.L. Klub- DBL Lp „Psalms & commandments 1984-1987” (F.O.A.D. Records) 2026
By Adam Szulc Barber październik 2026
P.T.L. Klub to kolejna legenda hardcorowej nawalanki połowy lat osiemdziesiątych, która została odkurzona i wydana w tym roku. Tym razem wypuściła to włoska firma F.O.A.D., która od czasu do czasu pojawia się na naszych łamach.
P.T.L. Klub rodem z Bostonu, czyli z miasta, które wykształciło i wypracowało własny styl, unikalne brzmienie i taki trochę macho sznyt rozpoznawalny wśród znawców hardcorowej muzyki na kilometr. Istnieli raptem cztery lata i w tym czasie wypuścili demo, trzy epki, jeden numer na kompilacji „Welcome to AX/ction Island” i pełny longplay. Wszystkie te utwory znajdują się tutaj w kolejności ukazywania się. Mamy więc do spółki dwa czarne winyle, gruby booklet z całym tym papierowym szajsem (plakaty, flyery, ulotki, recenzje) zebranym w jednym miejscu, porządnie zrobioną okładkę i skompletowaną dyskografię zapomnianego, acz ważnego w scenie zespołu. Brakuje mi tylko wpisu od jakiegoś członka zespołu o historii grupy, spojrzeniu na tamten czas, dzisiejszej perspektywie i co się z nimi działo przez te lata. Co by nie mówić, taki brak to jest jednak duże zaniedbanie…
Możliwe też, ale to tylko moje domniemanie, że P.T.L. Klub sformował się po ukazaniu się słynnej kompilacji z 1982 roku z ich miasta pod tytułem „This is Boston not L.A.”. Ta składanka na lata ustawiła bostoński hardcore w odpowiednim miejscu światowej muzycznej mapy.
Ok, „Psalms & commandments 1984-1987” to czterdzieści bezkompromisowych kawałków w wykonie kwartetu z Massachusetts. Zaczyna się od pierwszych nagrań, czyli surowego demo z siedmioma utworami. Klimaty miejskich pobratymców Siege i Negative FX są tu mocno słyszalne. Nie ma tu żadnych niepotrzebnych melodii, za to jest nalot dźwięków oraz soniczny atak hardcorowej i pierwotnej surowizny sprzed czterdziestu z wąsem laty. Strona B to jedyna ich duża płyta z roku 1985. Trzynaście numerów ostrego hardcore’a z wścieklizną, frustracją, złością, młodzieńczą furią i tym antysystemowym zacięciem, którego już wtedy brakowało punkowym kapelom. Hardcore niósł nową jakość i swoją bezkompromisowością pokazywał, że można przesunąć muzyczne granice dalej. Ten ich longplay jest genialny, bo jak na tamte czasy jest doskonale zrealizowany, co pokazuje to o czym wielokrotnie mówiłem, że w Stanach w owym czasie już byli producenci w studiach nagraniowych, którzy umieli w punk rocka i nie traktowali tej muzyki tak jak nasi rodzimy znawcy do Bajmu i Lady Pank. Druga płyta z tego wydania świetnie łączy pierwsze nagrania z późniejszym okresem P.T.L. Klub, bo tutaj mamy utwór kompilacyjny i trzy single, w tym obie z serii „Living death”. Zespół nie porzucił swojego pierwotnego konceptu rozwalania systemu za pomocą brutalnych kakofonicznych dźwięków, a w swej tekstowej narracji atakują politykierów, wywoływanie wojen i społeczne problemy Stanów Zjednoczonych. Co do dziś jest w zasadzie aktualne.
Całość wieńczy ostatni singiel zespołu „Nobody cares anymore”. Jest on bardzo dojrzały, choć bardzo mocny i wciąż bezlitosny i to z niego pochodzi główna okładka całego tego wydawnictwa.
Moje faworyty to wciąż po latach ten sam kawałek „Hey Harry” z demo i „White rabbit” z pierwszego singla- uwielbiam!!!
Słuchamy w Jamie!
CoreTex x FOAD Records